Wywiad z Kevinem J. Andersonem

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Hagath
1 stycznia 2014

"Liczę, że nowe filmy 'Star Wars' będą świetne"

Kevin J. Anderson na konwencie Falkon 2013 w Lublinie

Na zaproszenie organizatorów tegorocznego Falkonu oraz Domu Wydawniczego Rebis (wydawcy cyklu Diuna) do Polski przyjechał Kevin J. Anderson. Jego potężny dorobek – jak sam mówi – ponad pięćdziesięciu tytułów ze świata Star Wars, znany jest wszystkim fanom uniwersum Lucasa. O osobistych wspomnieniach i wrażeniach, jakie pozostawiły mu kinowe Gwiezdne Wojny, oraz o pracy nad książkami z tego cyklu oraz o widokach na przyszłość rozmawiał z nim Tomasz Nowak.

Tomasz Nowak: Kiedy pierwszy raz zobaczyłeś Star Wars byłeś nastolatkiem…

Kevin J. Anderson: O, tak! Obejrzałem je po raz pierwszy w wieku bodajże piętnastu lat. Poszedłem do kina, kiedy film wszedł na ekrany. Od dziecka – od zawsze – byłem fanem science-fiction. Oglądałem Star Treka i Zagubionych w kosmosie, czytałem komiksy i książki. Kiedy jednak pojawiło się Star Wars, po prostu poszedłem do kina, bo chciałem zobaczyć film SF. Nie mieliśmy najmniejszego pojęcia, że to będzie tak olbrzymi hit. Nikt nie mówił mi: „Musisz to zobaczyć!”. Po prostu poszedłem go obejrzeć i wciąż pamiętam to, co każdy dziś zna, a co tak trudno wyrazić – to zupełnie pierwsze wrażenie. Siedzisz w kinie i kiedy zaczyna się film statek księżniczki Lei przelatuje ci nad głową. I to jest świetne! Ale zaraz potem nadlatuje gwiezdny niszczyciel i leci, leci, leci… Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widzieliśmy! To było to tak zaskakujące, że widownia siedziała z otwartymi ustami. A potem inne miejsce, kiedy Millenium Falcon wchodzi w nadprzestrzeń i wszystkie gwiazdy rozciągają się nagle w smugi… Nie, czegoś takiego nie widzieliśmy nigdy dotąd! I kiedy to oglądałeś, po prostu zapierało ci dech. Do dziś naśladowano tę scenę tak wiele razy, że żadna widownia nie może poczuć już, jak to jest zobaczyć coś takiego po raz pierwszy. Myślę, że najbliższe temu wspomnieniu jest wrażenie, jakie wywarł na mnie Avatar – film w pełnym 3D, gdyż to też było coś, czego nie widziałem nigdy dotąd. Ale nawet on nie wywarł tak wielkiego wrażenia jak pierwszy seans Star Wars.

I pewnego dnia sam zacząłeś pisać cykl Star Wars. Jak się poczułeś w dniu, w którym dostałeś tę wiadomość?

W swoim życiu, w swojej karierze, robiłem wiele rzeczy. Kiedy zaczynam o nich myśleć, muszę wstrzymać oddech, bo nie chce mi się wierzyć w to wszystko. Spotykałem niezwykłych ludzi, podróżowałem w niesamowite miejsca. Kiedy jednak miałbym cofnąć się w czasie i powiedzieć temu siedzącemu w kinie i oglądającemu Star Wars nastolatkowi, że kiedyś nie tylko będzie pisał opowieści z tego cyklu, ale że napisze ich ponad pięćdziesiąt i że spotka się George’m Lucasem, z wieloma aktorami, którzy występowali w filmie; że będzie odwiedzał studio, i pracował na Skylwaker Ranch Lucasa… Nie sądzę, aby w to uwierzył, gdyż jest to coś niesamowitego.

Kiedy ludzie pytają czasem: „słuchaj pisałeś Star Wars, Star Trek, Supermana, Batmana, Z Archiwum X i te wszystkie rzeczy, czy jest jeszcze coś, czego nie robiłeś, a chciałbyś?”. A ja naprawdę muszę się poważnie zastanowić, bo uczestniczyłem w tylu niesamowitych projektach, że nie wiem, czy istnieje jeszcze coś takiego. Jestem w trakcie wielu rozmaitych projektów i wszystkie są dla mnie niesamowite. Książki, które pisze są moją pasją, ulubionym zajęciem. Zatem nawet, gdy jestem tutaj, w Polsce, wstaję rano i pracuję – piszę scenariusz komiksu i przeglądam swoją książkę, ponieważ moje projekty są dla mnie na tyle interesujące.

A masz w tym wszystkim czas na sen?

No, nie za wiele… A to dlatego, że tak bardzo uwielbiam pisać. Dla mnie to nie jest praca, więc kiedy myślę sobie: „Co teraz robić?”, odpowiedź jest zawsze jedna: „Pisać!”. Zawsze chcę tworzyć jakąś nową opowieść, redagować ją, wyszukiwać materiały. Stale o tym myślę. Nie wiem, co to wakacje. Kiedy nie piszę, czuję się jakbym tracił czas. Za trzy tygodnie jadę na kurs na Karaiby, będę tam uczył pisania, ale też będę miał ze sobą swój laptop. I być może znajdę się gdzieś na pokładzie łodzi, ale będę pracować. Moje biuro może znajdować się gdziekolwiek na świecie, nie musze tam chodzić. Mogę pisać gdziekolwiek.

Jeżdżę na takie pisarskie wyprawy do Death Valley, na pustynię i spędzam tam sporo czasu. Przysiadam gdzieś w cieniu góry z moim laptopem i redaguję. I jednego razu podszedł do mnie pewien człowiek, spojrzał krzywo i powiedział: Powinieneś przestać pracować. Jesteś na wakacjach. Przestań! Poczułem się tym obrażony i oznajmiłem mu: Nie jestem na wakacjach! Ja pracuję, a to jest moje biuro. Kiedy ty idziesz do pracy, musisz pójść do jakiegoś budynku, małego boksu z biurkiem. Moje biuro jest tutaj – z tymi wszystkimi górami, kaktusami, kanionami. To piękne biuro.

Jak w ogóle trafiłeś do świata Star Wars?

Pisałem swoje ksiązki dla Bantam Books – , własne przygody, powieści SF. Nie śniłem nawet o pisaniu Star Wars, gdyż byłem jednym z pierwszych ich autorów. Wówczas nie istniały jeszcze książki z tego cyklu, więc nie mogłem chcieć ich pisać. Kiedy jednak już wówczas pracowałem z moją redaktor prowadzącą, zawsze dostarczałem tekst na czas i zawsze był on taki, o jaki prosili – zgodny z tym, czego oczekiwali. A gdy redaktor mówiła mi: „Czy możesz to zmienić?”, ja odpowiadałem: „W porządku, popracuję nad tym”. Byłem więc w ich oczach nastawiony bardzo na kooperację, łatwo się ze mną pracowało. Kiedy więc Lucasfilm zgłosił się do wydawcy po sugestię, którzy z pisarzy nadali by się do tworzenia książek Star Wars, wymienili moje nazwisko. Zrobili to bez mojej wiedzy. Wysłali próbki, jako jednego z pierwszych autorów i w Lucasfilm je przeczytali. Spodobały się im i powiedzieli: „Pewnie, niech coś dla nas zrobi”. I tak pewnego dnia redaktorka zadzwoniła do mnie bez ostrzeżenia i zapytała przez telefon: „Kevin, lubisz Star Wars?, – Oczywiście, że tak! Wszyscy lubią Star Wars!, – A chciałbyś napisać trzy sequele cyklu Star Wars?, – Tak, chciałbym. Zdecydowanie!” I to były moje trzy pierwsze ksiązki: W poszukiwaniu Jedi. Władcy Mocy i Uczeń Ciemnej Strony. Ale kiedy napisałem te trzy, oni dalej zlecali mi inne prace. Zredagowałem trzy antologie, napisałem kolejną powieść Miecz ciemności, z żoną, Rebeccą Moestą, stworzyliśmy cykl young adult (dla młodzieży starszej – przyp. red.) Młodzi Rycerze Jedi. Łącznie napisałem w tym świecie ponad pięćdziesiąt książek.

Wspomniałeś o Młodych Rycerzach Jedi. Czy ten cykl jest dla ciebie równie ważny? Czy cieszy się wśród czytelników takim samym poważaniem? W Polsce książki z kategorii young adult są traktowane nie w pełni poważnie.

Moja opinia na ten temat jest bardzo jasna. Uważam te ksiązki za niezwykle istotne ze względu na to, jak ważne było dla mnie i jak wielkie wywarło wrażenie obejrzenie tego filmu w kinie po raz pierwszy. Kiedy piszesz książkę young adult musisz pamiętać, że jej czytelnicy będą czytać te historię, spotykać się z zawartymi w niej pomysłami po raz pierwszy w swoim życiu. Kiedy piszesz książkę dla dorosłych, wszyscy wiedzą o czym ma ona być. Seria young adult sprawiła, że dostawaliśmy wiele listów od uczniów i dzieci, ponieważ wyciągnęły z tych książek pewną lekcję. Ona zostanie z nimi na całe życie. Ksiązki dla dorosłych nie to maja na celu.

To znaczy, że status Młodych Rycerzach Jedi w USA wygląda zupełnie inaczej?

W USA książki young adult traktowane są bardzo poważnie i sprzedają się bardzo dobrze. To jakby zupełnie inny gatunek literatury. Nie dbam o nagrody czy recenzje, ale obchodzi mnie, kiedy otrzymuję list od całej klasy, która przeczytała moje książki. Dostaliśmy list – mam go nadal – od młodego człowieka, który zawalał naukę, ciągle wpadał w kłopoty, był alkoholikiem, używał narkotyków – miał czternaście lat… Nienawidził swoich rodziców, swego życia. Kiedy pewnego dnia narobił kłopotów, matka zamknęła go w pokoju i przez pewien czas nie mógł wychodzić. Miał tam ze sobą jedna z książek young adult Star Wars. Usiadł więc i ją przeczytał. To ta, w której młodzi rycerze musza zbudować sobie miecze świetlne (Miecze Świetlne – przyp. red.) i jeden z nich, rozproszony, kiedy składa swój miecz, nie robi tego dobrze. Spieszy się, żeby zająć się innymi sprawami. I dalej, w innym miejscu, zawala trening, ponieważ wykonał swa pracę niechlujnie. Jego miecz zawodzi i w wypadku odcina rękę jednemu z przyjaciół. A wszystko przez to, że źle wykonał swoją robotę. I chłopak, który przeczytał tę książkę, napisał mi, że zdał sobie sprawę, iż nic nie dzieje się samo; że musisz ciężko pracować, starać się jak najlepiej. Musisz poważnie podejść do swoich obowiązków. I odmienił swoje życie – postanowił podciągnąć się w szkole, porzucić alkohol oraz narkotyki. Dwa lata później napisał do mnie ponownie, że skończył szkołę z najwyższymi notami. Dwa lata potem, kiedy skończył college, napisał następny list. I to wszystko z sprawą tamtej książki, którą wówczas przeczytał. Dlatego uważam, że książki young adult za ważne.

W ramach projektów Star Wars musiałeś współpracować z wieloma ludźmi. Jak wyglądała ta kooperacja?

Trochę jak małżeństwo… Zwłaszcza, gdy przychodzi ci współtworzyć książkę z innym autorem. Przecież piszecie o tych samych postaciach, te same historie! To bardzo szczególne przeżycie. Trzeba nawiązać bliską więź, musicie stać się przyjaciółmi. Przy tych czternastu tytułach, jakie napisaliśmy z Rebeccą, zaplanowaliśmy je wspólnie w całości, a potem redagowaliśmy nawzajem swoje rozdziały. Podobnie działamy z Brianem Herbertem przy Diunie. Spotykamy się i rozmawiamy, dyskutujemy tak długo, aż obaj mamy w głowie tę samą powieść. Potem dzielimy się rozdziałami do pisania. Stworzyliśmy razem piętnaście tytułów, wiec to się sprawdza.

Co sądzisz o obecnych produkcjach Lucasfilmu? Jak przyjąłeś wieść o przejęciu przed koncern Disneya? Jak myślisz, co to wniesie do uniwersum Star Wars?

Niewiele z nowych powieści czytałem. Nie piszę Star Wars od mniej więcej dwunastu lat, a ukazuje się tyle tytułów, że nie jestem w stanie być na bieżąco. Nie wiem, o czym są te historie, choć wiem, że występują w nich postaci, które ja stworzyłem. Nie są to jednak moi bohaterowie, to bohaterowie Lucasfilmu, więc mogą z nimi zrobić, co zechcą.

Disney zrobił trochę naprawdę widowiskowych filmów i kiedy myślę o kilku z nich uważa, że Star Wars jest w dobrych rękach. Czekam, by zobaczyć nowe. Wiesz, takie Mroczne widmo mogło być odrobinę lepsze… Zobaczymy więc, co zrobi Disney. Cieszę się, że będą robić następne Star Wars. Oglądam teraz animowane The Clone Wars i myślę, że jest jeszcze mnóstwo do odwiedzenia. To nie tylko historia zawarta w trzech filmach. A jako, że nade wszystko jestem fanem Star Wars, zamierzam pójść i obejrzeć nowe filmy, gdy tylko się pojawią. Liczę na to, że będą świetne.

Wiele twoich książek związanych jest z dużymi projektami, takimi jak Star Wars, Z Archiwum X itp. Od czasu do czasu robisz jednak co nieco na własny rachunek, samodzielnie.

Większość książek, które pisze ostatnio powstaje na mój własny rachunek. Stworzyłem na przykład wielki siedmiotomowy cykl SF Saga of Seven Suns. A obecnie pracuję nad kolejną trylogią do niego. Ja po prostu uwielbiam snuć opowieści. Zawsze pisałem własne książki, nawet kiedy pracowałem nad Star Wars czy Diuną. Stworzyłem w tym czasie mnóstwo tytułów. Nigdy nie jest tak, że robię tylko to czy tamto.

Co zaskoczyło cię podczas pierwszej wizyty w Polsce?

Nie wiedziałem, że w Polsce jest tak wiele osób zaangażowanych w Legion 501, Polish Garrison i że tak wiele czasu spędzę wśród ludzi w strojach Storm Trooperów i rycerzy Jedi. To więź, jaką możemy natychmiast uchwycić. Wszyscy znają Star Wars i mimo że na co dzień mówimy różnymi językami – wszyscy posługujemy się językiem Star Wars i w ten sposób łatwo nam się porozumieć.

Zdjęcia: © Radosław Kot



blog comments powered by Disqus