Wspomnienia o twórcach "Gwiezdnych wojen".

Autor: Nelani
Korekta: Smok
1 listopada 2015

Każde fantastycznie uniwersum ma to do siebie, że śmierć i powrót postaci zza grobu są często wykorzystywanym rozwiązaniem fabularnym. Powrót Gandalfa we Władcy Pierścieni, powrót Maula w Wojnach Klonów, wielokrotne powroty Boby Fetta w starym kanonie Gwiezdnych wojen nie stanowią wyjątku, lecz należą już do standardów filmowych, książkowych i komiksowych. Życie bywa jednak bardziej skomplikowane i chociaż bohaterów fikcyjnych znamy lepiej, to jednak śmierć człowieka w prawdziwym świecie dotyka nas bez wątpienia najbardziej. Kreowana przez aktora postać może dalej żyć dalej w uniwersum i w naszej wyobraźni lecz pustka jaka powstaje po odejściu, w zasadzie obcej nam osoby, jest nieporównywalna ze śmiercią nawet najbardziej ulubionego bohatera.

Nie można wartościować śmierci różnych osób, szczególnie na podstawie ich życiowych osiągnięć, gdyż każda z nich to strata i pewna zmiana, która nie może zostać z żaden sposób odwrócona, przyznać jednak muszę, że wraz z odejściem Aarona Allstona zakończyła się dla mnie pewna era w Gwiezdnych wojnach. Swój udział miało w tym to, że wiadomość o jego odejściu zbiegła się w czasie ze skasowaniem kanonu i informacją, że historia EU nie będzie dalej kontynuowana. Aaron Allston należał do autorów, którzy dostarczyli fanom najwięcej książek starwarsowych. W udziale przypadło mu napisanie aż trzynastu powieści, z których pierwszą wydano w 1998 roku a ostatnią w 2012. Wydarzenia z książek Allstona były osadzone w różnych momentach historii odległej galaktyki. Stworzone przez niego historie odbywały się w Erze Nowej Republiki, Nowej Erze Jedii Erze Dziedzictwa, poza tym jest też autorem przedostatniej powieści w chronologii Legend. Jego sztandarową serią były, tworzone wraz z Michaelem A. Stackpolem, X-Wingi. Rebelianccy piloci byli zresztą ulubionymi postaciami Allstona i wracał od do nich w każdej napisanej przez siebie książce, wplatając ich, szczególnie swojego pupila Wedga Antillesa, przynajmniej jako postacie epizodyczne. Wedge jako postać kanoniczna nie został wykasowany wraz z nastaniem Disneya, jednak cały rozwój tej postaci przez 45 lat EU zawdzięczamy właśnie Allstonowi. Jego ostatnia książka, Cios łaski, zakończyła również serię o X-wingach. Poza Gwiezdnymi wojnami pracował również nad podręcznikami do gier fabularnych z systemu Dungeons & Dragons i kilkoma samodzielnymi powieściami. Należy jednak przyznać, że to współtworzenie uniwersum Gwiezdnych wojen przyniosło mu największy rozgłos.

Związany z Przebudzeniem Mocy powrót do filmowego wszechświata wprowadził w mediach PRową presję nachalnego promowania Gwiezdnych wojen. Kinowe i telewizyjne maratony, nadruki na koszulkach i gadżety z Oryginalnej Trylogii są sposobem na wyciągnięcie pieniędzy od starych fanów, ale też stanowią pretekst by raz jeszcze sięgnąć do źródeł, jakimi są bez wątpienia trzy pierwsze filmy. Oglądając po raz dziesiąty Nową Nadzieję, kolejny raz uświadamiamy sobie jakim dobrym pomysłem było obsadzenie sir Aleca Guinnessa w roli starszego Obi-Wana Kenobiego. Jest to jeden z nielicznych aktorów z Gwiezdnych wojen, który został nagrodzony Oscarem (za Most na rzece Kwai - kolejnego klasyka kina amerykańskiego). Nie odejmując niczego Ewanowi McGregorowi, którego aktorstwu również nie można niczego zarzucić, Alec Guinness ukształtował Kenobiego na sposób wzorcowy i spójny, stanowiąc tym samym wzór dla każdego późniejszego rycerza Jedi. To do sir Aleca porównujemy, siłą rzeczy, Jedi z Nowej Trylogii i na nim opieramy nasze wyobrażanie o mistrzach Jasnej Strony. Częściowo to zasługa dobrze napisanego scenariusza i przyzwoitej reżyserii Goerga Lucasa, ale spójrzmy prawdzie w oczy: to osobowość jaką włożył Guinness w stworzenie Jedi sprawia, że od lat pozostaje on ulubioną postacią wielu fanów.

Pisząc tekst wspominkowy nie można zapomnieć o Irvinie Kershnerze, który wyreżyserował, bez wątpienia najlepszą, część sagi, czyli Imperium kontratakuje. Tym samym przełamał zasadę mówiącą, że kontynuacje dobrych filmów siłą rzeczy muszą być gorsze. Irving Kershner zmarł 27 listopada 2010 roku, i choć jego dorobek reżyserski nie jest imponujący (RoboCop 2, Nigdy nie mów nigdy z Jamesem Bondem, to chyba jedyne rozpoznawalne produkcje z jego udziałem) to dołączając do ekipy odpowiedzialnej za Gwiezdne wojny, zapisał się w historii kina na zawsze.




blog comments powered by Disqus