Rodzaje fanów "Gwiezdnych wojen"

Autor: Nelani
Korekta: Hagath
7 września 2013

Każdy z nas posiada inne powody, dla których rok po roku gospodaruje kilka, a nawet kilkanaście dni ze swoich wakacji, żeby wybrać się na jeden z wielu rozsianych po całej Polsce festiwalów fantastyki i przynajmniej na chwilę zajrzeć na gwiezdnowojenny blok programowy. Czy przychodzisz tylko na jedną prelekcję, czy też, jako stary wyjadacz, spędzasz w starwarsowej sali cały swój konwentowy czas, na pewno spotkasz jeden z tych typów fanów.

Przebierańcy - szturmowcy, Jedi, Mandalorianie. W płaszczach ze starych koców, z parasolkami w roli mieczy, albo też z szytymi na zamówienie kostiumami, wyjętymi prosto z filmu. Ci, którzy spędzili nad swoim strojem długie tygodnie, by potem dumnie paradować w nim przed oczami zachwyconych tłumów. Nie próbuj ich pytać o ich kostium , jeśli nie masz akurat dwóch godzin wolnego czasu na wysłuchiwanie przewagi taśmy montażowej nad  fluorescencyjnym sprayem w tworzeniu ostrze miecza świetlnego. Dodają kolorytu każdej imprezie  a ich ilość często jest miernikiem dominacji danego uniwersum na konkretnym konwencie.

Wymiatacze - Hawkingowie starwarsowego uniwersum. Przez cały rok gromadzą potężne pokłady wiedzy ze wszystkich możliwych źródeł. Nie obce są im angielskie przewodniki wydane w USA, najnowsze wpisy na wookieepedii, ani chodzące na allegro za astronomiczne kwoty białe kruki i pierwsze wydania. Orientują się w chronologii, genealogii, technologii i biologii, potrafią wymienić imiona obu Banth pojawiających się w Nowej Nadziei oraz wszystkich krewnych Lucasa trzy pokolenia wstecz. Nieco przerażający, ale niezwykle użyteczni w grupowych konkursach wiedzowych.

Pariasi - przy jednej z pierwszych rozmów nieopacznie wymyka im się, że w zasadzie to oni lubią The Clone Wars, a następnie do końca konwentu zastanawiają się skąd ta niezręczna cisza, która zapada za każdym razem, kiedy wchodzą do sali prelekcyjnej. Pariasi dzielą się na dwie podgrupy: ci, którzy zauważają szybko swój błąd i nigdy więcej nie wspominają o tym publicznie i tzw. nieuleczalni , dla których Ahsoka naprawdę może być w dyskusji argumentem.

Ninja - pojawiają się ni z tego ni z owego na bloku programowym, zaginają prowadzącego, dołączają do jakieś grupy, by swoją wiedzą pomóc im wygrać kolejny konkurs,  a następnie znikają bez śladu. Nikt nie wie, kim byli ani skąd przyszli. Te tajemnicze samotne wilki, nie wykazujące chęci przyłączenia się do stada, często na co dzień zajmują odpowiedzialne stanowisko w firmie konsultingowej i wychowują dwójkę dzieci. 

Elita - wszystkich znają i wszyscy ich znają, a na pewno słyszeli, widzieli i chcą poznać. Konwent to ich środowisko naturalne, blok starwarsowy to ich drugi dom, a ich przyjazdu oczekują rzesze znajomych, których do tego czasu rozmowy ograniczają się do "-Jesteś pewien, że będzie...? - Mówił, że będzie..."

Znajomi z konwentu - na pewno posiadają jakieś prawdziwe imię, życie osobiste i rodzinę, ale jedyne co o nich wiesz to to, że widzicie się na każdym konwencie, wspólnie wyszukujecie najlepsze miejsca w sali noclegowej, razem stoicie w kolejce do akredytacji, omawiacie punkty programu i siedzicie do rana w gamesroomie, by po pożegnalnych uściskach w niedzielę powrócić do prawdziwego życia.

Ogony - dziewczyna kumpla, koleżanka koleżanki. Siedzą z tyłu sali, odzywają się tylko do swojego towarzysza, a zapytane o najprostszą sprawę np. który model  blastera omawiali szturmowcy na gwieździe śmierci,  rozglądają się nerwowo próbując tłumaczyć, że oni są tu tylko przypadkiem, ale jeżeli spytasz tamtego człowieka w śmiesznej zbroi, to on na pewno będzie wiedział.

Fajni ludzie  - powód dla którego w ogóle jeździ się na konwenty i wbrew zasadom zdrowego rozsądku spędza po kilka godzin dziennie w jednej sali słuchając kolejnej prelekcji o historii galaktyki. Tych, na szczęście, ciągle jest najwięcej.




blog comments powered by Disqus