Relacja z objazdowej wystawy Star Wars

Autor: Tomasz Larek
Korekta: Girwan
27 października 2010

Buenos Aires jest miastem, które fascynuje i pochłania. Nie sposób z niego wyjechać po tygodniu, a każdy dzień, niczym królik z Alicji w Krainie Czarów, prowadzi nowymi dzielnicami, uliczkami i zakamarkami, odkrywając nowe ciekawe miejsca. W słoneczną lipcową niedzielę odwiedziliśmy największe centrum kulturalne tego miasta. "Centro Cultural Recoleta" wygląda jak stara fabryka - kilka podzielonych dziedzińcami budynków z mnóstwem sal wystawowych w środku. Na jednym z tych dziedzińców, dźwięki słynnej muzyki, skomponowanej przez Johna Wiliamsa, obudziły w pamięci dziecinne marzenia, że gdzieś tam dawno, dawno temu, w odległej galaktyce...

Pomaszerowałem więc w rytm marszu Dartha Vadera i przed jednym z budynków ujrzałem wielkie plakaty, zorganizowanej przez LucasFilm, wystawy objazdowej "Star Wars, The Exhibition". Wystawa miała swoje otwarcie w 2007 roku w Lisbonie. Po odwiedzeniu Londynu, Brukseli, Madrytu i kilku latach, trafiła do argentyńskiej stolicy tanga. Długo się nie zastanawiając, ustawiłem się wraz z dziećmi i ich rodzicami w kolejce po bilety, by w końcu, po latach zobaczyć z bliska, jak zbudowany jest Sokół Milenium. Pamiętam jak z moim bratem, gdy byliśmy mali, próbowaliśmy odtworzyć z pamięci, nieudolnymi rysunkami, wygląd myśliwców rebeliantów i krążowniki Imperium (to były zupełnie inne czasy, bez internetu, zabawek, gier komputerowych i seriali animowanych na podstawie sagi Lucasa). Wciąż zastanawiam się, czy tamte nieudolne rysunki nie były jednym z powodów zajęcia się w późniejszych latach grafiką i ilustracjami. 
 
 
Ale wróćmy do wystawy. Wielka, plastikowa kotara z ogromnym logiem Star Wars była bramą do świata wyobraźni. Znalazłem się w ciemnym korytarzu, gdzie w bocznych wnękach ustawione były naturalnej wielkości makiety pojazdów młodego Anakina i Luka Skywalkera z Imperum kontratakuje. Można było podziwiać wyobraźnię scenografów i kunszt dekoratorów. Drobne detale, otarcia od meteorytów i okopcone działka laserowe nadawały niezwykłego realizmu tym eksponatom. Ech, gdyby Wiedzmin miał taki budżet - pomyślałem. Ku memu zaskoczeniu i wielkiej radości, na końcu korytarza, zawieszone były szkice projektowe wielkich krążowników Imperium oraz rysunki kompozycyjne ujęć i scen batalistycznych. Zaczynałem nabierać pewności, że nie wyrzuciłem w błoto tych kilkudziesięciu pesos.
 
 
Po wejściu do pierwszej sali, mały chłopiec we mnie, zaczął już na dobre podskakiwać z radości. Wszędzie panował półmrok. Punktowe oświetlenie było skierowane tylko na wielkie, szklane gabloty, w których znajdowały się modele krążowników, myśliwców, Sokoła Milennium i innych pojazdów z pierwszych części Gwiezdnych Wojen. Były to oryginalne makiety, wykorzystane w filmach w czasach, gdy nic lub prawie nic nie powstawało przy pomocy komputera i nikt nawet nie marzył o animacji 3d. Dokładność wykonania i skala modeli były imponujące. Prawie trzymetrowy krążownik Imperium olśniewał szczegółami drobnych detali konstrukcyjnych. Obok umieszczony był nie mniej wspaniały, około metrowej wielkości, legendarny pojazd Hana Solo. Zadbano nawet o małą figurkę Luka w wieżyczce strzelniczej. Dookoła, w innych gablotach, poustawiane były manekiny w kostiumach z różnych części sagi. Kosmaty Chewbacca, szturmowcy, pachołki Imperatora i żołnierze Rebelii spozierali na mnie zza szyby, a przy każdym z nich było to, co najbardziej mnie interesowało: szkice koncepcyjne, rysunki i projekty postaci. Wszystko, dzięki czemu można było prześledzić drogę od koncepcji (rysownika, projektanta, a często samego George'a Lucasa), aż po efekt końcowy.
 
 
Ciekawe były też fragmenty scenografii i makiet z planów filmowych. Na przykład, oddany z niezwykłym pietyzmem, przysypany śniegiem i "podcięty" przez Luka Skywalkera, robot kroczący z Imperium kontratakuje. W kolejnych salach na uwagę zasługiwała kolekcja sukien i kostiumów królowej Amidali. Przebogate stroje, nakrycia głowy i makijaże były
wykonane z niezwykłą precyzją i pięknie nawiązywały do chińskich i japońskich ubiorów ślubnych z XIX wieku. Pomiędzy salami, na ścianach, wisiały najróżniejsze szkice, projekty scen i storyboardy do kolejnych części filmu. W ostatnim pomieszczeniu, w ustawionej na środku podświetlanej gablocie, znajdował się cały arsenał gwiezdnej sagi.
Znów można było podziwiać miecze świetlne, pistolety laserowe i wszystko to, czym dało się zgładzić przeciwnika przy odrobinie laserowej technologii. Pod ścianą zaś, ustwieni byli najważniejsi bohaterowie drugiego planu. Roboty imperium, poobijany Boba Fett i oczywiście R2D2 i C3PO. Bardzo ciekawe były szkice koncepcyjne tego ostatniego. W pierwszych wersjach przypominał on bardziej robota-vampa z Metropolis Fritza Langa, niz przerdzewiałego tłumacza, ktorego znamy z ekranu.
 
 
Na samym końcu wystawy znajdowała się chyba najważniejsza z postaci Gwiezdnych Wojen. W wyłożonej czerwonym suknem wnęce stal ON. Podły, okrutny i zły Darth Vader. Trochę niższy i mniej przerażający niż go zapamiętałem z dzieciństwa. Mimo, że z głośników dochodził jego mrożący krew w żyłach mechaniczny oddech, sam kostium z doczepionym na brzuchu urządzeniem przypominającym mieszankę komputera ZX Sectrum i domowego tostera, trącił lekko myszką i kojarzył się z amerykańskimi serialami SF z lat 60-tych. Na wystawie była też część przeznaczona wyłącznie dla dzieci. Za niewielką dopłatą, każde dziecko mogło wstąpić do godzinnej szkoły rycerzy Jedi i nauczyć się podstaw fechtunku mieczem świetlnym, by potem w zainscenizowanej walce pokonać złego Dartha Vadera. Niech moc będzie z ich nauczycielami.
 
 
Popołudniowe światło Buenos Aires oślepiło mnie po wyjściu z wystawy. Czułem się szczęśliwy, że nasyciłem w końcu chłopięcą ciekawość, która kiedyś nie dawała mi spokoju i po każdej części filmu krzyczała: ale jak to wszystko jest zrobione?. Popatrzyłem na twarze wychodzące, lekko znudzone dzieci i zdałem sobie sprawę, że wielka maszyna marketingowa LucasFilm z tysiącem gier, zabawek, komiksów, albumów i lampek w kształcie głowy Dartha Vadera odebrała im odrobinę zabawy i magii. Cóż, może warto było tego wszystkiego nie mieć i nie widzieć, by teraz poczuć się jak dziecko w "sklepie z zabawkami".
 


blog comments powered by Disqus