Recenzja "Ataku Klonów"

Autor: RAJ
8 czerwca 2004

Dzisiaj w nocy, tuż po północy w wielu kinach Polski odbyły się premierowe pokazy drugiego epizodu Gwiezdnych Wojen - Ataku Klonów.

Razem z grupą przyjaciół postanowiliśmy obejrzeć ten film jak najwcześniej. Zresztą nie ma się co dziwić, w końcu jesteśmy fanami. (Zgodnie z pewną obietnicą mała dygresja - Kot oraz Skull byli najszybsi i z wielkim poświęceniem, nie zważając na życie własne i bliźnich, jako pierwsi przedarli się przez biletera i wpadli na salę.)
Pomimo tego, że był to środek nocy w środku tygodnia to niemal wszystkie miejsca w sali kinowej były zajęte. Przez chwile obawiałem się, że będzie się to wiązało z głupimi komentarzami, hałasem i latającym popcornem. Na szczęście byłem w błędzie. Podczas seansu panowała całkowita cisza przerywana tylko wybuchami śmiechu (we właściwych momentach) oraz dwukrotnie nieśmiałymi brawami.

Film...

Film jest po prostu świetny. Dobrze dopracowany technicznie i aktorsko. Jedynie momentami Anakin był trochę sztuczny ale moim idolem został Obi-Wan Kenobi. Jest doskonały. Jego czarne poczucie humoru powalające. Zawsze potrafi znaleźć zgryźliwy komentarz - niezależnie od tego w jakiej sytuacji się znajduje (no dobra raz nic nie powiedział ale wyglądał jakby chciał coś powiedzieć). A Amidala jest tak piękna i pociągająca jak Leia nigdy nie miała okazji być...

Wreszcie mamy z powrotem duet robotów tak jak w podstawowej trylogii. I tak jak dawniej to właśnie C3PO oraz R2D2 są główną parą komików (Jar Jar chocia pojawia się parę razy to nie jest już głupim fajtłapą i beznadziejnym rozśmieszaczem). Dzięki temu humor nie dość, że jest dobry ("Maszyny robią maszyny. Perwersja!" - C3PO) to jeszcze klimatycznie idealnie pasuje do klimatu "Gwiezdnych Wojen".

Scenariusz jest ciekawy i kilka razy może zaskoczyć przyjętą konwencją oraz rozmiarem intrygi (chociaż brakuje zaskakujących zwrotów akcji - scena typu ratujący w ostatniej chwili ratowani w ostatniej chwili jest w 100% przewidywalna). Równocześnie prowadzone są dwa podstawowe wątki: romantyczny i sensacyjny, które na koniec splatają się w jeden romantyczno-batalistyczny. Trochę szkoda, że sceny romantyczne są przegadane - to samo można by przedstawić kilkoma obrazami, ale pamiętajmy, że wtedy stałyby się niezrozumiałe dla przeciętnego Amerykanina a to dyskwalifikowałoby ten film w USA. Warto wspomnieć, że wątek romantyczny nie jest przejaskrawiony i bardzo dobrze wpisuje się w opowieść o drodze młodego Anakina w stronę ciemnej strony. W zasadzie jest on podporządkowany właśnie temu zadaniu i dlatego Epizod 2 nie jest wyciskaczem łez. I całe szczęście. Cała historia tej przemiany jest zresztą głównym motywem filmu i jest zrobiona naprawdę dobrze.

Watki sensacyjny i batalistyczny są naszpikowane efektownymi walkami i świetnymi efektami specjalnymi. Co prawda w dobie dominacji broni strzeleckiej bitwa jaką przedstawiono jest wybitnie nierealistyczna, ale jak to kiedyś Lucas powiedział - "Gwiezdne Wojny" to fantasy w kosmosie, nie ma więc sensu się tego czepiać. Tak czy siak pojedynki (no, za wyjątkiem

 Gumisia Yody - jak obejrzycie to zrozumiecie) i walki robią wielkie wrażenie.

Do tego wszystkiego dokładają się wspaniałe pejzaże i to zarówno te komputerowe (oceany planety Kamino) jak i naturalne (przepiękne wodospady na Naboo).

Tak więc zgodnie z naszymi nadziejami jest to film, którego nie ma co porównywać z TPM i, który przywrócił fanom nadzieję.

Veni... vidi... i co? I pójdę znowu.


blog comments powered by Disqus