Recenzja niewydanego w Polsce komiksu "Agent of the Empire: Iron Eclipse"

Autor: Smok
Korekta: Hagath
7 czerwca 2014

Stworzonego przez Iana Fleminga i spopularyzowanego przez kino Jamesa Bonda nie trzeba nikomu przedstawiać. Siła popkulturowego oddziaływania agenta 007 jest tak wielka, że nasz świat to dla niej za mało. Dla kolejnej inkarnacji Bonda znalazło się miejsce w odległej Galaktyce. Nazywa się Cross, Jahan Cross. Przybył, by siać zniszczenie, pokonać tych złych i zdobyć serca niewiast ras wszelakich.

Iron Eclipse, pierwszy tom serii Agent of the Empire zapowiadany był jako połączenie przygód Jamesa Bonda z Gwiezdnymi wojnami. Trzeba przyznać Johnowi Ostranderowi, że z tych zapowiedzi wywiązał się nadzwyczaj skrupulatnie. Na gwiezdnowojenną modłę przerobiono prawie wszystko, co przez lata nierozłącznie kojarzyło się z agentem Jej Królewskiej Mości. Z tego schematu nieznacznie wyłamuje się tylko główny bohater. Owszem, wciąż jest to typowy Bond, ale jego postać została dostała tło psychologiczne charakterystyczne raczej dla współczesnego kina: Cross ma za sobą traumatyczne przeżycia i przedwcześnie zakończone dzieciństwo. Na szczęście, smutny los rodziny agenta nie wpłynął na resztę komiksu, a czytelnik może bez przeszkód czerpać czystą radość ze śledzenia kolejnych poczynań protagonisty komiksu.

Wśród przewijających się przez komiks postaci nie mogło zabraknąć miejsca dla dziewczyn Bonda. Do standardowej dla serii dwójki partnerek dołączyła jeszcze jedna - IN-GA, pomocnica Jahana. Dalszy plan również pozostaje iście bondowski. Armand Isard jako M przywodzi na myśl bardziej Judi Dench niż kreacje Bernarda Lee czy Roberta Browna. I bardzo dobrze, ponieważ poprzednicy pierwszego M w spódnicy stworzyli postacie nazbyt potulne oraz nie do końca przystające do obrazu szefa wywiadu. Isard u Ostrandera niczym Dench w filmach z Brosnanem i Craigiem znalazł idealny punkt równowagi pomiędzy byciem z jednej strony mentorem, a z drugiej surowym szefem. Ostatnie, acz nie najmniej ważne zapożyczenie to Q i jego szalone gadgety. Alessi Quon, sympatyczny Sluissianin, któremu przypadła rola genialnego oraz nieco ekscentrycznego wynalazcy, to postać zapadająca w pamięć równie mocno co Q Llewelyna. I podobnie jak filmowy pierwowzór, Alessi też narzeka na brak należytego traktowania tworzonych przez niego szpiegowskich akcesoriów.

Historia przedstawiona w Iron Eclipse nie należy do przesadnie skomplikowanych, ale i nie razi nadmierną prostotą. Dzięki temu czytelnik może odpocząć pomiędzy poważniejszymi lekturami bez popadania w nadmierne odmóżdżenie. Co ciekawe, wystarczyłoby zaledwie kilka niewielkich zmian, by scenariusz Iron Eclipse posłużył przy realizacji kolejnego filmu o Bondzie. Osoby nieprzepadające za przygodami brytyjskiego superszpiega pewnie nie sięgną po ten komiks, więc dla całej reszty taki scenariusz to ogromna zaleta Iron Eclipse. Na wysokim poziomie stoją, przeważnie pełne niewymuszonego humoru, dialogi. Brawa należą się autorowi scenariusza również za to, że przy Agent of the Empire dobrze bawić się będą zarówno dopiero poznający odległą galaktykę nowicjusze, jak i starzy wyjadacze, którzy w mig wyłapią wszystkie nawiązania.

Zmorą większości historii opowiadających o nowych postaciach jest obecność tych starych i lubianych. Na szczęście w Iron Eclipse uniknięto przypadłości nękającej większość gwiezdnowojennych książek i komiksów. Han Solo nie sprawia wrażenia wepchniętego na siłę do tej historii. Wręcz przeciwnie, czytelnikowi trudno wyobrazić sobie pierwszy tom Agent of the Empire bez obecności Hana Solo wśród głównych bohaterów.

Zerkając na twórców komiksu, trudno oprzeć się wrażeniu, że nazwisko Johna Ostrandera bez pojawiającej się po nim rysowniczki Jan Duursemy wygląda co najmniej dziwnie. Na szczęście w trakcie lektury całkowicie się o tym zapomina, a wzrok cieszą rysunki, należy dodać, że bardzo dobre, duetu Crety i Roux. Obaj panowie, poza imieniem, mają również taki sam styl. Dzięki temu praktycznie nie wyczuwa się różnić pomiędzy planszami narysowanymi przez Stephane'a Crety, a tymi, które wyszły spod ręki Stephane'a Rouxa.

Agent of the Empire: Iron Eclipse to bez wątpienia jeden z najlepszych gwiezdnowojennych komiksów. Szkoda tylko, że nie został i raczej nie będzie już wydany w Polsce.



blog comments powered by Disqus