Podróż w (nie?)znane

Autor: Nild
Korekta: Katarn
16 grudnia 2014

W księgarniach za oceanem niedawno pojawił się Tarkin, najnowsza powieść James'a Luceno, autora uznanego  Dartha Plageuisa (który został zapamiętany przede wszystkim za niesamowite nagromadzenie nawiązań do innych książęk EU). Wcześniej miała miejsce premiera związanego ze Star Wars Rebels i służąca jako prequel serialu A New Dawn Johna Jacksona Millera. Są to pierwsze książki, nieprzeznaczone dla dzieci, jakie zostały wydane od restartu EU związanego z nadchodzącą premierą Epizodu VII. Ale czy nowy wszechświat Gwiezdnych wojen naprawdę aż tak różni się od poprzedniego? Czy ratowanie starego EU ma tak naprawdę sens, czy też może stać się balastem dla pisarzy? Postaram się tutaj przedstawić różne punkty widzenia, które być może odpowiedzą na te pytania.

Rozważania te należałoby zacząć od najnowszej opowieści, tj. Tarkina, bowiem z lektury właśnie tej książki narodził się ten tekst.. Jak już wspomniałem, Luceno zbierał pochwały od fanów za to jak w poprzedniej jego książce udało mu się zebrać i zespolić wątki oraz motywy związane z Darthem Sidiousem, jednocześnie tworząc coś nowego. Zarazem zrobił to w taki sposób, że wszystkie te nawiązania nie sprawiały wrażenia wstawianych na siłę, a wprost  przeciwnie – były nie tylko na miejscu, a czasem okazywały się nawet  niezbędne dla fabuły samej książki. Podobnie kwestia ma się w Tarkinie, który pełen jest nawiązań do starego EU, gdzie najbardziej prominentne są wątki z pozostałych książek Luceno, w tym właśnie Plagueisa. Od nazw układów gwiezdnych, przez okręty kosmiczne (Niszczyciele klasy Victory, Interdictory, YT-1000, Carracki, Dreadnaughty...), po same wydarzenia i bohaterów (11-4D, Armand Isard, czy też mnóstwo wydarzeń związanych z Naboo opisanych w Plagueisie), autor napisał tą książkę jakby żaden restart nigdy nie miał miejsca. Ba, wygląda na to, że nawet ramy czasowe są takie same. Ten stan rzeczy w EU na pewno się zmieni im bliżej będziemy czasów Epizodu VII, a być może nawet tuż po dotychczasowych częściach filmowej sagi... ale póki co rozbieżności prawie nie ma, a w przypadku Tarkina wynikają one głównie z tego, że pewne struktury Imperium nadal się kształtują.

Czy to jednak na pewno dobra rzecz? Fani starego EU, zwłaszcza ci którzy najgłośniej lamentowali z powodu jego „odejścia”, z pewnością się ucieszą, że ich idealny obiekt miłości pozostał prawie nieskalany i nadal mogą się cieszyć swoim uniwersum. Dla niedzielnego czytelnika oznacza to także spójność z poprzednio czytanymi książkami, co z pewnością ułatwi przyswajanie nowych powieści. W kwestii A New Dawn sprawa ma się nieco inaczej. Chociaż i tutaj odstępstw nie ma zbyt dużo, to możemy znaleźć jedno dość znaczące – kobiety w Imperium. Nie tylko w kadrze oficerskiej, ale i wśród szturmowców. Być może to znak czasów i sugestia, że Imperium w Epizodzie VII nie będzie idealnie złe. Jest to dość popularny ostatnio w filmach motyw – zło jako coś pociągającego – który mogła  ze sobą przynieść afirmacja kobiet w dotąd męskim reżimie. Może to zwyczajnie sygnaturka J.J. Millera, który nigdy nie miał problemów ze znalezieniem się w świecie Gwiezdnych wojen, a zarazem mocno akcentował postacie płci pięknej.

Tyle z opcji pro-EU, gdyż jest też i druga strona medalu. Restart uniwersum opierającego się na małej liczbie głównych bohaterów daje szansę na wprowadzenie czegoś nowego, odświeżenia starego behemota. W końcu dotychczasowo wydano ponad 200 książek, od tych dobrych, po takie na które szkoda było papieru jakości toaletowej, jaki od dawna serwuje nam wydawnictwo Amber. Nikt tu nie musi się martwić milionem bohaterów jak, dajmy na to, u Marvela, gdyż w większości byli oni epizodyczni. Zamiast tego dostajemy książkę, która utwierdza nas w przekonaniu, że status quo zostaje utrzymane i nie możemy liczyć na powiew ani świeżości ani nowej jakości. Pełną nawiązań, chociaż rzadko zdarza się że wyglądają one jak wpisy z encyklopedii. Tak wygląda w szczególności jeden fragment, gdzie Luceno wymienia nam po kolei trzy okręty typu Interdictor dotąd istniejące w EU w ramach jednego zdania. O ile niektórzy się uśmiechną i zakręci im się w oku łezka, to inni zadadzą sobie pytanie po co?. Nie chodzi tu rzecz jasna o to, aby na siłę zmieniać wszystko na siłę, ale podejście Luceno jest wręcz tego przeciwieństwem. Wygląda to prawie jakby ktoś uznał, że fanów należy ugłaskać, zachęcić tych których odstraszyła decyzja Lucasfilmu i na nowo wprowadzić ich do grona konsumentów  gwiezdnowojennych towarów. A przecież wiemy, że gdy tylko pojawią się filmy, większa część uniwersum jakie znamy stanie się alternatywną wersją Gwiezdnych wojen i tego raczej nic nie zmieni. Należałoby też zaznaczyć, że pojawiła się już pierwsza nieścisłość w nowej wersji naszego uniwersum: w The Rebellion Begins, adaptacji Iskry Rebelii dla młodszych czytelników pojawia się informacja o totalnym zniszczeniu świątyni Jedi na Coruscant, podczas gdy Tarkin, a nawet same filmy temu zaprzeczają. Niby drobne potknięcie, ale przecież miało już takowych nie być.

W tym momencie trzy słowa o Admirał Daali, postaci której wiele osób z pewnością wyczekiwało w Tarkinie – nie pojawia się. Przy czym, należałoby zaznaczyć, że powodem tego są prawdopodobnie ramy czasowe opowieści jak i zarówno jej profil, do której postać kochanki Wielkiego Moffa nijak nie pasuje. Możemy zatem dalej stosować zasadę, że póki coś czemuś nie zaprzecza, to prawie jakby to potwierdzało.

Podsumowując, aktualny stan uniwersum Gwiezdnych wojen z pewnością niektórych ucieszy, zachęcając ich do kontynuowania poszerzania swojej pasji. W końcu póki co, gdyby nie brak łatki Legends, to nikt by nie zauważył, że  ostatnie  książki mają być częścią czegoś nowego. Być może to element polityki wprowadzania zmian po mału, mająca załagodzić burzę jaką sam Lucasfilm wywołał. Inni niestety mogą się czuć zawiedzeni, że szansa na zrealizowanie czegoś nowego (okupiona niemałym kosztem) zostaje zmarnowana i tonie w bagnie przeszłości. O ile dotychczasowe nawiązania nie niosą ze sobą niczego złego, to któż obieca nam, że zaraz nie dostaniemy odniesienia do, dajmy na to, Kryształowej Gwiazdy, czy też Planety Życia. Z drugiej strony, szansa na popsucie czegoś jest taka sama, czy to opierając się na czymś starym, czy to tworząc nowe.

Na zakończenie chciałbym się odnieść do krótkiego wycinka z Heir to the Jedi autorstwa Kevina Hearne'a, którego tytuł i forma nawiązują do starego EU. O ile sam fragment jest zachęcający, to widać wyraźnie, że jest to dokładnie ta książka, która miała wyjść przed powstaniem łatki Legends. W parostronicowym kawałku pojawiają się znowu stare miejsca, wydarzenia i profile postaci – w tym przypadku Admirał Ackbar nieprzepadający za szmuglerami.

Powyższy tekst nie miał na celu oceniać ani fanów, ani kroków podjętych przez pisarzy i ludzi położonych wyżej w strukturach Lucasfilmu. Chociaż w sposób nieunikniony został on z pewnością nacechowany subiektywnymi opiniami autora, to mam nadzieję, że wybija się z niego jedno – pasja i zafascynowanie Gwiezdnymi wojnami, które nas łączą, bez względu na własne przekonania. Chociaż ilu fanów, tyle opinii, życzę nam abyśmy wszyscy w niedługim czasie, kiedy opadnie kurz wszystkich tych zawirowań, potrafili żyć i cieszyć się swoją pasją w zgodzie.




blog comments powered by Disqus