O medycynie w "Gwiezdnych wojnach" słów kilka (część trzecia)

Autor: Roan
Korekta: Hagath
6 lutego 2013

Pamięci pewnej prelekcji, wygłoszonej na Polconie 2009

oraz prelegentce, która ją stworzyła

 

Witam w kolejnej, ostatniej już części mojej hobbystycznej habilitacji na temat medycyny w Gwiezdnych wojnach. Do tej pory zdołałem już nakreślić, jak wygląda powszechne leczenie istot inteligentnych w odległej galaktyce. Dzisiaj, na zakończenie artykułu, chciałbym zając się rozmaitymi osobliwościami, rzeczami absolutnie niestandardowymi, nawet jak na nasze Expanded Universe. Serdecznie zapraszam.

Odnoszę wrażenie, że kiedy mówi się o ezoterycznej medycynie, jednym z pierwszych i skądinąd słusznych skojarzeń jest problematyka przedłużania życia. Jeśli chodzi o to zagadnienie, w Odległej prym zawsze wiedli Sithowie, którzy chętnie manipulowali Mocą, licząc na to, że uda im się oszukać naturalny porządek wszechświata. Kiedy o tym myślę, zawsze przypomina mi się film Ze śmiercią jej do twarzy, w którym grana przez Isabellę Rossellini, demoniczna Lisle Von Rhoman, wznosi przedwcześnie psychodeliczny okrzyk triumfu: „Siempreviva! Live forever!”. Cóż… jak na razie brak jest istot inteligentnych, o których można by powiedzieć, że żyją wiecznie. Są jednak istoty, którym udało się pożyć stosunkowo długo. Z wielu przyczyn.

Jedną z nich jest wrodzona długowieczność pewnych ras. Najlepszym przykładem na to był mistrz Yoda. Jego rasa wciąż zalicza się do jednej z najbardziej tajemniczych; nie wiadomo ani jak się nazywają, ani skąd pochodzą, ani jakim cudem są w stanie dożyć niemal całego milenium! Typowa dla Odległej długowieczność wynosi mniej więcej dwa wieki. Osiągają ją między innymi istoty rasy Wookiee. Czy próbowano kiedyś wykorzystać ten fakt, w celu przedłużania życia innym? Trudno powiedzieć. Genetyka w naszej galaktyce stoi na bardzo wysokim poziomie, jednak brak wiarygodnych, jednoznacznych informacji o tym, że próbowano ją wykorzystać do wyodrębnienia chromosomu długowieczności z DNA ras długowiecznych celem zaaplikowania go istotom żyjącym przeciętnie długo.

Inną kwestią jest wpływ Mocy na istoty, które mają odpowiednią ilość midichlorianów[1] w swoich komórkach. Im więcej midichlorianów, tym lepsze jest połączenie danej istoty z Mocą, a pewne jest, że siła tego natężenia ma związek z szybkością procesu starzenia. Świadczy o tym chociażby przypadek Jedi Vimy-Da-Body, która chyba tylko dzięki Mocy przeżyła ponad dwieście lat. Z racji potęgi, jaką daje władza nad Mocą, w supertajnych imperialnych placówkach badawczych prowadzono badania nad możliwością transfuzji midichlorianów, jednak ich wyniki, jak nietrudno się domyślić, pozostają ścisłą tajemnicą.

Kolejny sposób na długowieczność być może trudno uznać za ściśle medyczny. Jeśli jednak zdefiniujemy terapię jako oddziaływanie na organizm za pomocą środków, o których właściwościach wiadomo, że są korzystne dla kondycji tego organizmu, to problem klasyfikacji mamy z głowy. Na obrzeżach galaktyki istnieje „staromodny i zacofany” obszar znany jako Centrality, w skład którego wchodzi planeta Rafa V będąca jedynym w galaktyce źródłem tzw. kryształów życia. Są to wielościenne klejnoty tworzące się na kaktusowatych formacjach krzemowych nazywanych drzewami. Z racji występowania „drzew” w skupiskach, miejsca ich występowania są potocznie zwane ogrodami, a klejnoty – owocami życia. Czemu życia? Jak galaktyczna wieść niesie, pojedyncze kryształy noszone na szyi przedłużają życie. Trudno ocenić, na ile to prawda, ponieważ posiadacze niezbyt często chwalą się swoimi „owocami”, a skoro tak to trudno prowadzić statystyki dotyczące długości życia posiadaczy. Jedno jest pewne – do tej pory bogacze płacą fortuny, nawet za najmniejsze okazy. Robią to z nadzieją, że jednak można kupić dodatkowe dni, tygodnie, a nawet miesiące czy lata życia.

W końcu przyszedł czas na absolutnie najsłynniejszy sposób, w jaki próbowano osiągnąć nieśmiertelność. Klonowanie. Jeden z najdrażliwszych tematów w Odległej, skutecznie antagonizujący społeczeństwo od czasu wydarzeń ukazanych w epizodzie II. Wojny klonów były jednym z najkrwawszych konfliktów zbrojnych, jakie widziała galaktyka. Kolejne bitwy dobitnie uzmysławiały społeczeństwu, że tworzenie genetycznie identycznych kopii organizmów to nie tylko dobrodziejstwo medycyny, ale przede wszystkim potężna broń w rękach rządu. Dlatego wprowadzono surowe restrykcje dotyczące rozpowszechniania i wykorzystywania wiedzy o klonowaniu. Dekret E49D139.41 Senatu Galaktycznego wprowadził zakaz cywilnych praktyk w tym zakresie, konfiskował aparaturę naukową z tym powiązaną oraz licencjonował instalacje militarne zajmujące się przemysłem wojennym. Ustanowiono jedynie cztery wyjątki zezwalające na funkcjonowanie centrów terapeutycznych na Khommie, Lur, Columusie i Akranii. Senat musiał ustąpić wobec społeczeństw, które swój byt od wieków opierały na klonowaniu. W przypadku Khommitów, którzy całkowicie zastąpili reprodukcję powielaniem swoich obywateli, to była dosłownie sprawa życia albo śmierci. Gdyby galaktyczna władza nie poszła im na rękę, byłoby to równoznaczne z pchnięciem Khommu w ramiona Separatystów, a to by miało fatalne konsekwencje.

Niektórych jednak nie obowiązywały żadne obostrzenia. Wielki kanclerz Republiki, a następnie Imperator Palpatine zwykł traktować galaktykę niczym własny folwark, nic więc dziwnego, że nie przeszedł obojętnie obok możliwości jakie dawało klonowanie. Postanowił za pomocą tzw. cylindrów Spaarti stworzyć liczne zapasowe ciała, w które miał kolejno wstępować za pośrednictwem ciemnej strony Mocy, gdy aktualnie posiadane będzie już zużyte. To zabezpieczenie okazało się niezwykle przydatne, kiedy Darth Vader wrzucił Imperatora do szybu drugiej Gwiazdy Śmierci; dzięki niemu mógł powrócić po 6 latach oraz podjąć próbę ponownego podporządkowania sobie całej galaktyki. Niestety, klonowanie jako sposób na życie wieczne nie jest idealnym rozwiązaniem. Pomijam fakt, że aby myśleć o tej metodzie, trzeba być potężnym i wprawnym użytkownikiem Mocy. Klonowanie ciała z myślą o transferze osobowości musi być procesem przyspieszonym w stosunku do rozwoju ciała ludzkiego (inaczej klient mógłby nie doczekać swojego zamówienia). Z tego powodu nowe sklonowane ciało będzie się starzeć szybciej niż normalne. Innym zagrożeniem jest tzw. klonie szaleństwo czyli zaburzenia psychiczne u klona powstającego w procesie przyspieszonym ze względu na nieprawidłowo wykształcone obszary mózgu. W tym momencie należałoby się zastanowić, czy możliwe jest przeszczepienie samego mózgu do nowego ciała? Wydaje mi się, że na to pytanie należy odpowiedzieć twierdząco, aczkolwiek nie jest znany żaden przykład takiej operacji. Ponadto pojawia się pytanie o bezpieczeństwo i szanse powodzenia. Niektórym w pewnych szczególnych sytuacjach zagrożenia istnienia pewnie jest wszystko jedno, ale być może istnieją pewniejsze rozwiązania…

Skoro nie klonowanie, to może cyborgizacja? Już wspominałem o tej dziedzinie medycyny w drugiej części artykułu, jednak teraz zamierzam pisać o innym aspekcie niż poprzednio. Wcześniejsze rozmyślania dotyczyły sytuacji, w których jedna określona część ciała została uszkodzona i należało ją zastąpić elementem elektronicznym. A co w sytuacji, gdy większość organów pacjenta została nieodwracalnie uszkodzona, w wyniku czego może nastąpić rychła śmierć? Wtedy… jeżeli dysponuje się odpowiedni dużą ilością kredytów można pomyśleć o skrajnej postaci cyborgizacji, po dokonaniu której z dawnej istoty pozostaje śladowa ilość postaci organicznej. Na potrzeby artykułu nazwę taką cyborgizację androidyzacją.

Klasycznym przykładem androidyzacji organicznej istoty inteligentnej pozostaje jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci Gwiezdnych wojen, uważany za najmroczniejszy czarny charakter galaktyki Darth Vader. W epizodzie III widzowie mieli okazję zobaczyć kompletny proces androidyzacji: od wypadku, przez przeprowadzenie operacji, aż do efektu finalnego. Przeprowadzenie takiego zabiegu wymaga szczególnych nakładów. Samo miejsce, w którym dokonano operacji było zamkniętym dla cywilów, prywatnym centrum chirurgicznym Imperatora Palpatine’a. Ponadto wykonanie operacji było nie lada wyzwaniem; pacjent miał na całym ciele oparzenia trzeciego stopnia, doznał licznych uszkodzeń organów wewnętrznych, został pozbawiony kończyn i towarzyszył mu niewyobrażalny ból. Zwykłego pacjenta same te cierpienia mogły pozbawić życia, jednak w przypadku Sitha, dla którego ból jest sprzymierzeńcem, okoliczność ta okazała się korzystna. W operacji wzięły udział 4 androidy, w tym dwa 2-1B, jeden FX-6 oraz jeden DD-13. W pierwszej kolejności należało się zająć uszkodzeniami organów wewnętrznych. Ponieważ jedyną szansą na przeżycie pacjenta była androidyzacja, należało przystosować do niej układy pokarmowy, oddechowy i krwionośny, zabezpieczyć nerwowy i immunologiczny oraz usunąć zbędny… rozrodczy. Dopiero po tej fazie, można było zamontować protezy brakujących kończyn i zwieńczyć dzieło umieszczeniem ciała w zbroi ochronnej. Na specjalne życzenie Palpatine’a wizjer w hełmie zapewniał Vaderowi widzenie świata wyłącznie w kolorze intensywnej czerwieni. Po operacji Vader żył jeszcze 23 lata. Zginął w wyniku obrażeń doznanych podczas pojedynku na drugiej Gwieździe Śmierci, jednak nawet, gdyby wtedy nie walczył, prawdopodobnie wiele dłużej by nie pożył. W Powrocie Jedi, kiedy Luke zdejmuje mu hełm, Vader wygląda na co najmniej dwa razy starszego, niż był naprawdę. Jego skóra, prawdopodobnie przez liczne obrażenia, kuracje i niedobór witaminy D wydaje się gnić. Nawet częste wizyty w komorze tlenowej nie mogłyby tego zmienić. Zastanawiam się, czy pod tym względem androidyzacja generała Grievousa nie była bardziej udana. Oczywiście generał nie przeżył w stanie andoidyzacji tak długo jak Vader, a także był istotą innej rasy. Jednak w jego przypadku z oryginalnej istoty rasy Kalee zostało naprawdę najniezbędniejsze minimum. Odnoszę wrażenie, że technologia jaką dysponował Intergalaktyczny Klan Bankowy mogła być trochę bardziej efektywniejsza. Niestety, nie udało się tego dowieźć empirycznie, ponieważ Grievousowi nie ufundowano pancerza ochronnego takiego, jaki miał Vader, w wyniku czego Obi-Wan przerobił go na płonącą pochodnię.

Zamykając temat nieśmiertelności w Gwiezdnych wojnach postanowiłem wspomnieć o nieco makabrycznym rozwiązaniu, które właściwie jest najbliższe osiągnięciu celu, jednak płaci się za nie straszliwą cenę. W okresie powrotu sklonowanego Imperatora Palpatine’a, powstało wiele nowych superbroni. Postanowiono też efektywniej wykorzystywać wszystkie posiadane zasoby. Obie idee ucieleśnił Umak Leth tworząc tzw. roboty cienia. Szalony naukowiec na usługach Imperium stwierdził, że Imperium nie stać na zbyt łatwą utratę doborowych pilotów myśliwców typu TIE. Dlatego zaczął eksperymentować z mózgami ciężko rannych i umierających wojskowych, umieszczając je w kokonach z płynami odżywczymi oraz podłączając te kokony do zrobotyzowanych myśliwców gwiezdnych. Pomysł okazał się skuteczny z wojskowego punktu widzenia. Tylko, że istoty w ten sposób zainstalowane w maszynach całkowicie traciły swoje człowieczeństwo. Cóż… najwyraźniej taka jest cena życia wiecznego. Mnie osobiście nie wydaje się warta świeczki, skoro nagle alternatywa śmierci okazuje się kusząca.

Innym zagadnieniem z cyklu ezoteryczna medycyna na pewno będzie wykorzystanie Mocy w celach medycznych. Użycie sił spajających wszechświat, by leczyć, jest praktyką starszą niż Stara Republika. Zakon Jedi w stosunkowo wczesnej fazie istnienia dostrzegł możliwości i potrzebę rozwoju tej dziedziny, dlatego też oddelegował część swoich członków do wyłączonego poświęcenia się uzdrawianiu. Ponadto osoby wrażliwe na Moc, jednak nie na tyle, by były szkolone na Jedi, wysyłał do pracy w specjalnych organizacjach znanych jako Korpusy Medyczne. W trakcie swych licznych wypraw Jedi odkryli także specyficzny rodzaj minerałów, zwanych leczniczymi kryształami ognia, które pomagały im skupić Moc na istocie potrzebującej pomocy medycznej. Najbardziej znanymi uzdrowicielami Jedi były Barriss Offee żyjąca w okresie Wojen Klonów, Cighal z okresu nowego Zakonu Jedi oraz potomek mistrza Luke’a Skywalkera, Cade, który posiadał tak potężną Moc Uzdrawiania, że przywracał umarłych z powrotem do świata żywych. Za każdym razem jednak, kiedy tak czynił, zbliżał się niebezpiecznie blisko do ciemnej strony, co przysparzało mu wielu problemów. Mistrzynią Jedi, która również miała spore zasługi na polu medycyny była Vergere. Jednak jej dar najprawdopodobniej w mniejszym stopniu wynikał z Mocy, a w większym z biologii rasy Fosh, do której należała. Otóż jej łzy miały nadzwyczajne właściwości lecznicze; gdyby nie ona Mara Jade Skywalker nie przeżyłaby ataku Yuuzhan Vongów na jej organizm.

Ostatecznie kończąc rozważania o medycynie, chciałbym jeszcze wspomnieć o rozmaitego rodzaju paramedycynie. Właściwie sytuacja nie różni się zbytnio od naszych realiów. Niektórym naprawdę pomaga, innym dotkliwie szkodzi. Wszystko zależy od tego, na kogo trafimy. Jeśli będziemy mieli szczęście, wylądujemy na przykład na planecie Umgul, znaną wyścigów blobów. Bloby to żelatynowe pierwotniaki, których ciała są obdarzone pamięcią materiałową. Oznacza to, że podzielone kawałki bloba dążą do połączenia w oryginalną całość. Jaki mają związek z medycyną? Niektórzy tresują swoje bloby tak, aby toczyły się po plecach istot inteligentnych, co podobno pomaga prostować kręgosłupy i zapewnia masaż mięśni.

Jeśli będziemy mieli mniej szczęścia trafimy na przykład na planetę Bakura. Żyje tam humanoidalna rasa Kurtzenów, która stanowi ok. 5% populacji planety. Całe lecznictwo tych istot polega na rytualnych obrzędach, których kulminacyjnym momentem jest… połykanie totemów. Kurtzenowi wierzą, że „kiedy przedmiot zostaje wydalony, razem z nim opuszcza organizm także choroba”. Nie jest to zbyt przyjemna pespektywa, ale podobno działa.  Przynajmniej tak twierdzi starszy antropolog Hoole.

Jeżeli zaś nie będziemy mieli szczęścia w ogóle, trafimy na Tatooine albo na Ando. Na tych planetach prowadził swoją prywatną praktykę dr Evazan, znany wszystkim miłośnikom Gwiezdnych wojen z awantury w kantynie Mos Eisley, którą można było zobaczyć w Nowej nadziei oraz z tego, że ma wyroki śmierci w co najmniej dwunastu systemach planetarnych. Nic dziwnego, w końcu dr Evazan jest ekspertem „kreatywnej chirurgii”, która polega na okaleczaniu i uśmiercaniu istot przez przeprowadzanie licznych amputacji czy przeszczepów u pacjentów, którzy nie wymagają tego typu zabiegów. Doktor E. szczególnie umiłował operowanie na żywca, gdyż rozsmakował się w słuchaniu krzyków swoich ofiar. Wątpliwe jest, czy kiedykolwiek miał coś wspólnego z prawdziwą chirurgią, ponieważ nawet wtedy, kiedy chciał (a dokładniej musiał, bo miał blaster przystawiony do głowy) przeprowadzić udany zabieg wszczepienia bionicznej protezy swojemu wspólnikowi, Ponda Babie, nie dokonał tego należycie. Swego czasu galaktykę obiegła plotka, iż w ręce doktora Evazana wpadły imperialne urządzenia pochodzące z instytutu przeprogramowań na Duro. Gdyby to była prawda, Evazan mógłby poszerzyć swoją działalność o mieszanie istotom inteligentnym w umysłach. Strach pomyśleć, jakie by to mogło mieć skutki. Na wszelki wypadek nie polecam korzystać z usług człowieka, który przedstawia się jako ”Doktor Cornelius” albo „Roofoo”, ponieważ tak właśnie brzmią pseudonimy artystyczne Evazana.

Tym ostrzeżeniem kończę wszelkie rozważania na temat medycyny w Gwiezdnych wojnach. Mam nadzieję, że były one dostatecznie ciekawe i zachęciły do lektury kolejnych artykułów z cyklu. Jeszcze nie jestem pewien, jakiej dziedzinie przyjrzę się następnym razem, ale postaram się zadecydować o tym niezwłocznie. A może to Wy macie jakieś propozycje, o czym chcielibyście przeczytać? Jeśli tak, to zachęcam do kontaktu z Gildią Star Wars lub ŁFSW. Postaramy się w miarę możliwości uwzględnić potencjalne prośby.



[1]
Mikroskopijne formy życia lub organella istniejące w różnym stężeniu w komórkach wszystkich żywych istot lub będące z nimi w symbiozie. Midichloriany zapewniają organizmom żywym kontakt z Mocą. Źródło: http://ossus.pl/biblioteka/Midichloriany




blog comments powered by Disqus