Legendarny ranking "Gwiezdnych Wojen" Część I

Autor: Nelani, Nild, Roan, Smok
Korekta: Hagath
14 października 2014

2 września do księgarń trafiła najnowsza powieść Johna Jacksona Millera pod tytułem Star Wars: A New Dawn, a na początku października na małych ekranach zawitał serial Star Wars: Rebelianci. I chociaż nowy kanon został już dawno rozpoczęty przez komiks Darth Maul Son of Dathomir oraz opowiadanie Blade Squadron, to dla wielu te dwie daty są symbolicznym początkiem nowego uniwersum Star Wars.

Z tej okazji warto powspominać te Legendy, które pokochaliśmy oraz te pozycje, które nazbyt wrażliwym fanom spędzały sen z powiek. Poniżej możecie zapoznać się z przemyśleniami redaktorów Gidlii Star Wars oraz Jacka Drewnowskiego, redaktora naczelnego magazynu Star Wars Komiks. Gorąco zachęcamy Was do dzielenia się własnymi typami na forum.

Książki:

Smok: Pośród ponad 150 powieści wydanych pod szyldem Star Wars, znalazło się wiele dobrych tytułów, do których z chęcią wracam. Mimo to nie miałem większych trudności z wyborem tej jednej jedynej, którą uznałem za najlepszą. Mowa o Darcie Plagueisie Jamesa Luceno. Luceno należy do niewielkiej grupki pisarzy związanych z Gwiezdnymi wojnami, w których twórczości naprawdę czuć, że znają i kochają ten świat. I nie mówię tu tylko o ogromie nawiązań do EU czy dbałości o kreację postaci. Luceno skutecznie wprowadzał te elementy, przy których pozostali twórcy w mniejszym lub większym stopniu zawiedli. Darth Plagueis zawiera w sobie nie tylko to, co najlepsze w twórczości Jamesa Luceno, ale również to, co najlepsze w Gwiezdnych wojnach.

Może nie najgorszą, ale na pewno najbardziej rozczarowującą powieścią ze starego EU jest dla mnie Revan Drew Karpyshyna. Druga część gry Knights of the Old Republic pozostawiła po sobie wiele niedomówień. Pojawiło się mnóstwo teorii na temat Revana, dalszych losów Wygnanej Jedi czy czyhającego za Odległymi Rubieżami zagrożenia. Rozwiązania tych wątków zaproponowane przez Karpyshyna i zespół tworzący The Old Republic nie były złe. Niewłaściwy był styl, w jakim zostały przedstawione. Dalsze losy Revana i Meetry Surik zasługiwały na lepszą powieść, której forma nie przypominałaby nowelizacji scenariusza gry komputerowej.

Nild: Dla mnie niestety wybór nie jest tak łatwy, jako że zdarza mi się cenić daną książkę za wybrany jej aspekt, nawet jeśli pozostałe pozostają nieco niedopracowane.

- Opowieści z Kantyny Mos Eisleyi pozostałe książki z tej serii mają specjalne miejsce na mojej półce, przede wszystkim dzięki duchowi Starej Trylogii, jaki w sobie zawierają, jednocześnie rozwijając świat Gwiezdnych wojen w niespodziewane sposoby.

- Wiele książek z EU rozgrywa się według jednego schematu, dlatego też Cienie Mindora były dla mnie bardzo miłą odmianą od tej rutyny. Chociaż nadal mamy tutaj “Konflikt Dobrego i Złego” i tym podobne, to zarówno zamysł książki, jak i przedstawienie go w groteskowy sposób sprawiło, że wyróżnia się ona na tle innych powieści Gwiezdnych wojen.

- Wektor Pierwszy, pierwszy tom Nowej Ery Jedi, który na zawszę zmienił losy galaktyki, to jednocześnie książka, która scementowała moje zamiłowanie do świata-poza-filmami. Dzięki odpowiedniej ilości waleczności zmieszanej z tragizmem była idealnymi wrotami wprowadzającymi w historię inwazji Yuuzhan Vongów.

- Kenobi – zdecydowanie najlepsza opowieść-jednego-bohatera Gwiezdnych wojen, jaka powstała, wyprzedzająca tutaj nawet Punkt Przełomu.

Niechlubne miejsca na pozostałej liście rozpocznie dwójka autorów, oboje za grzechy, którymi zupełnie zepsuli wiele swoich powieści: Drew Karpyshyn i Karen Traviss. Pierwszy autor zawinił pisaniem książek jak przewodników po grach komputerowych, włącznie z wbijaniem poziomów i falami przeciwników rodem z MMO. Nic mi nie może tego wynagrodzić, nawet stworzenie postaci Dartha Bane'a, która ginie w braku umiejętności pisarskich autora. Pani Traviss zaś, chociaż porusza w swoich książkach ciekawe i poważne tematy, to niestety łączy je z nieciekawie poprowadzonymi wątkami braterskiej miłości, opartymi na płaczu i żalu do świata. Oboje tworzą książki pełne potencjału, których niestety nie da się przeczytać. Nie byłbym sobą, gdybym zapomniał o Gwieździe Śmierci, opowieści pełnej absurdów, z multum nieciekawych postaci, próbującej na siłę zrobić z Luke'a Skywalkera masowego mordercę.

Roan: Najlepsza książkowa legenda? Jakiś czas temu się nad tym zastanawiałem. Byłem bliski wyboru dokonanego przez Smoka, ponieważ Darth Plagueis to książka, która moim zdaniem niesamowicie dużo wniosła do Expanded Universe, a i James Luceno jest bardzo cenionym przeze mnie autorem. Z drugiej strony zawsze miałem spory sentyment do pierwszej książki spod znaku Gwiezdnych wojen, którą przeczytałem, a mianowicie do Gwiazdy po gwieździe Troya Denninga. Jest to jedna z kolejnych tomów serii Nowa Era Jedi,przez wielu uważanej za obłędnie dobrą, wnoszącą nową jakość do uniwersum i po prostu dostarczającą wspaniałej rozrywki. Ponadto możemy w niej spotkać ulubionych bohaterów ze Starej trylogii, która, choćby nie wiem co, zawsze będzie kochana bardziej niż prequele. Ostatecznie uświadomiłem sobie, że najlepszą książką spod znaku SW musi być ta, która łączy w sobie zalety Plagueisa i Gwiazdy. Takim tytułem jest Zmierzch Jedi, II tom dylogii Agenci chaosu. Jest tam i NEJka, i Luceno, i świetnie opisana wielka polityka, i Leia z Hanem, i nowe spojrzenie nowego bohatera, i wszystko wszystko po prostu, co potrzeba najlepszej legendzie.

Najgorsza książkowa legenda? Cóż, to chyba będzie Wygnaniec, Aarona Allstona. I tom serii Przeznaczenie Jedi przygniótł mnie głupotami, które do tej pory mnie zadziwiają u tak doświadczonego autora. Największą z nich jest rozmowa, w której Daala przekonuje Luke’a Skywalkera, że lepiej będzie dla galaktyki, jak zostanie on skazany na banicję poza granice Galaktycznego Sojuszu. Miałem wrażenie, że mało brakowało, a nakłoniłaby go do samobójstwa…

Nelani: Przeczytane przeze mnie książki, również te z uniwersum SW, od zawsze dzieliłam na 3 kategorie: obiektywnie dobre, subiektywnie dobre i po prostu złe. Do pierwszej grupy zaliczam przede wszystkim takie pozycje, która da się polecić nawet komuś, kto bardzo z literaturą gwiezdnowojenną związany nie jest. Jedną z takich powieści jest na pewno Zdrajca Stovera – bardziej opowiadanie psychologiczne niż klasyczna literatura fantastyczna, ale broni się jako przedstawiciel gatunku głównie dzięki przedstawieniu z ciekawej perspektywy punktu widzenia Vongów i opisaniu kontrowersyjnej postaci Vergere. Do kategorii drugiej – książek świetnych z mojego prywatnego punktu widzenia – zaliczam Odpływ Kempa. Z całą świadomością tego, że powieść ta była ledwo kanoniczna nawet w przed-disneyowskich czasach, polecam ją każdemu, kto niekoniecznie chce przedzierać się przez trzy wielotomowe serie starwarsowe, żeby dotrzeć do cywilizowanych czasów współczesnych. Poza świetną, trzymającą w napięciu fabułą, plusem książki jest niewątpliwie nawiązywanie do wielu elementów EU powstałych na przestrzeni dziejów.

Niechlubny ranking książek złych otwiera Trylogia Akademii Jedi Kevina J. Andersona. Nudna i długawa miniseria marnuje potencjał „ciekawych czasów” nowej Akademii Jedi założonej przez Luke`a a rozpoczęty przez mistrza powieści SW – Timothy`ego Zahn`a. Jeśli ktoś koniecznie chce zgłębiać tamten okres, niech lepiej sięgnie po kapitalne Ja Jedi i uzna wątek Exara Kuna za zaliczony.

Jacek: Przyznam, że zbyt wielu powieści SW nie czytałem, więc w ogóle nie podejmuję się wskazania pozycji najgorszej. Trylogia Thrawna Zahna to z kolei dla mnie top tego, z czym miałem do czynienia. Moja ulubiona książka - a raczej książki, bo to trzy tomy - to edycja niebeletrystyczna. Trzytomowa The Complete Star Wars Encyclopedia (wspaniały prezent bożonarodzeniowy sprzed paru lat)to rzecz, którą lubię wziąć do ręki, na wyrywki poczytać i pooglądać. Teraz treść tego kapitalnego kompendium w większości przeszła do legend...

Komiksy:

Smok: Podobnie jak przy książkach, przy wyborze najlepszego komiksu nie miałem większych wątpliwości. Mój wybór padł na Star Wars: Agent of the Empire vol. 1 Iron Eclipse, a za uzasadnienie niech posłuży recenzja mojego autorstwa, jakiś czas temu opublikowana na łamach Gildii.

Mniej zaszczytny tytuł przypadł komiksowi Czystka. Sekundy do śmierci. Jak większość komiksów z serii Czystka, tak i ten pokazywał upadek wizerunku Dartha Vadera. Nagle okazuje się, że jednej z najgroźniejszych istot w całej galaktyce może spuścić łomot byle padawan, a skrywający przyszłość całun jest dziurawy niczym szwajcarski sen. Jeśli doda się do tego karykaturalne ujęcie procesu dojrzewania młodego Skywalkera do roli Sitha oraz paskudne rysunki, to wychodzi nam komiks po prostu zły.

Nild: Mój ulubiony komiks ze świata Gwiezdnych wojen był zarówno moim pierwszym i trudno mi nawet teraz stwierdzić, ile w tym sentymentu, a ile faktów. Mroczne Imperium, historia sklonowanego Palpatine'a nawracającego Luke'a Skywalkera na Ciemną stronę Mocy, schwytała mnie od pierwszych stron komiksu. Albo przede wszystkim, rysunki ją przedstawiające. Ekspresyjna kreska, dbałość o szczegóły i kolorystyka Cama Kennedy'ego tworzyły wspaniały klimat tej serii.

Po drugiej stronie leży Kres Imperium, zwany też Mrocznym Imperium III, który pokazał się przede wszystkim od strony fatalnych rysunków nieudolnie naśladujących te z poprzednich zeszytów i wyjątkowo głupiej historii. Jeśli chodzi o rysunki, równie nisko cenie Karmazynowe Imperium i nieudolne początki grafiki komputerowej w komiksach Gwiezdnych wojen. Niestety historie komiksowe to amalgamat słów i obrazków, gdzie jedno jest nierozerwalnie połączone z drugim. To, albo zwyczajnie zwracam uwagę na rysunki w komiksach.

Roan: W okopie (Entrenched, Star Wars: Visionaries, 2005). Opublikowany w Star Wars Komiksie nr 10/2010. Historia bitwy o Hoth z nieco innej strony. Uważam, że arcyciekawy. Większość grafik oceniam jako ładne. Udana klamra kompozycyjna, łącząca Imperium kontratakuje z Powrotem Jedi.

A zły komiks? Cóż, zwykłem za takie uważać historie zilustrowane w taki sposób, że mnie oczy bolą od patrzenia na kreskę, przez co ciężej mi obiektywnie spojrzeć na jakość treści. Przykładem mogą być Jabba: Zdradzony (Jabba the Hutt: Betrayal) i Bezimienny (Nameless); oba opublikowane w tym samym numerze Star Wars Komiksu co W okopie.

Jacek: Moja ulubiona komiksowa historia to Boba Fett: Narzędzie zniszczenia z rysunkami Cama Kennedy’ego, wydana w Star Wars Komiks jeszcze w 2008 roku - pierwszym roku istnienia pisma. Jeśli chodzi o komiksy dłuższe, na szczycie swojej listy stawiam pierwszy tom Mrocznych czasów. Do perełek zaliczam też W okopie, wskazane już przez Roana, oraz Oczy rewolucji - obie historie zaczerpnęliśmy z tomu Visionaries. Najsłabszych historii szukałbym wśród komiksów ze Star Wars Tales. Te zbiory były bardzo nierówne, bo trafiały się tam i rzeczy bardzo dobre, np. Żołnierz. Kilka niewypałów trafiło również na łamy SWK, przykładem Nowe imperia upadają, choć uważam, że tych naprawdę najgorszych historyjek w piśmie nie zamieściliśmy.

Podyskutuj o tym artykule na forum!





blog comments powered by Disqus