Krótka rozprawa o 5. sezonie "Wojen Klonów"

Autor: Hagath
5 marca 2013

Prawda jest taka, że ci, którzy mieli sobie wyrobić zdanie na temat serialu animowanego Gwiezdne wojny: Wojny Klonów, już dawno to zrobili i trudno będzie je zmienić. Początkowo poniższy tekst miał być zwykłą recenzją piątego sezonu, jednak ponieważ wokół produkcji krąży tyle kontrowersji, w ostatecznym rozrachunku będzie to po prostu mniej lub bardziej subiektywna rozprawa o odcinkach z ostatniego roku.

W piątym sezonie mieliśmy pięć podstawowych wątków: walkę partyzantów na Orderon, szkolenie młodych padawanów, bohaterską misję robotów i pułkownika Gascona, spiski zmartwychwstałego Dartha Maula oraz niesłuszne oskarżenie Ahsoki o zbrodnie, których nie popełniła. Do jednych fani mieli raczej neutralny stosunek, przy innych serce stawało fanom kanonu. Jak się tak naprawdę prezentowały?

Pierwszy wspomniany wątek był niewątpliwie jednym z ciekawszych. Spora jego część skupiała się na Ahsoce i jej rozterkach odnośnie własnych uczuć oraz polityki Jedi, którzy zostawili planetę praktycznie na pastwę własnego losu, wysyłając jedynie młodą padawankę w celu wyszkolenia buntowników. Znajdziemy tutaj kilka wzruszających momentów, a także dużo widowiskowej akcji.

Przyglądanie się z bliska nauce młodych padawanów stanowiło ciekawą rozrywkę. Odcinki były co prawda mało skomplikowane, ale na pewno spodobają się każdemu młodszemu widzowi, który marzy o zgłębieniu tajników mocy. W tym wątku Ahsoka ponownie pokaże, że nie jest już małym dzieckiem, które pamiętamy z pierwszego sezonu, tylko świadomą siebie, młodą, utalentowaną Jedi. Ciekawie prezentuje się również przywódca piratów, Hondo Ohnaka, gdyż niespodziewanie okazuje się, iż miejsce w jego sercu zajmują też czasem inne wartości niż pieniądze.

Tajna misja robotów była zdecydowanie skierowana do najmłodszych widzów. Fabuła jest prosta, chwilami dosyć naiwna. Jest to jednak raj dla wszystkich fanów R2D2, który po raz kolejny udowadnia, ze bez niego Republika upadłaby dużo wcześniej. Niewątpliwie te odcinki mogą stanowić odpoczynek od politycznych intryg.

Czwarty ze wspomnianych wątków to dalsze losy Dartha Maula i jego brata. Wokół tych postaci kontrowersji było najwięcej, gdyż wszyscy fani uniwersum na pewno pamiętają, że w Mrocznym widmie młody Zabrak skończył przecięty na pół. W kolejnych odcinkach Darth Maul dostaje nowe nogi od Straży Śmierci, a następnie próbuje zdobyć władzę nad kilkoma systemami, od Mandalory poczynając. Przyciąga tym samym uwagę kilku potężnych postaci. Muszę przyznać, że choć początkowo podchodziłam do powrotu Dartha Maula bardzo sceptycznie, to odcinki z nim były jednymi z najciekawszych. Polityczne intrygi, widowiskowe walki, wzruszające sceny, wszechobecne zło… Wszystko to może wciągnąć widza, jeśli tylko przełknie decyzję twórców serialu o przywróceniu Maula do żywych. Być może z tym powrotem jest nieco jak z nowym Bondem – trzeba się po prostu przyzwyczaić do zmienionego stanu rzeczy.

Ostatnie odcinki dotyczyły tajemniczego zamachu na Świątynię Jedi, w efekcie którego Ahsoka została oskarżona o zdradę Republiki. Cały wątek był dobrym zakończeniem sezonu. Dużo akcji, pościgi, walki na miecze świetlne, niespodziewane sojusze, a także tajemnicza otoczka całej sprawy sprawiają, że dwudziestominutowe odcinki kończą się w mgnieniu oka, a widz może zdziwiony pytać „ale to już koniec?”. Niestety, całość psuje fakt, iż przeciętna osoba już pewnie po dwóch odcinkach domyśli się, kto tak naprawdę stał za całym zamachem, ale nie możemy zapominać, ze Wojny Klonów są skierowane do najmłodszych i dla nich rozwiązanie całej sprawy mogło być dość zaskakujące.

Jeśli chodzi o inne aspekty serialu, jak animacja czy trzymanie się z kanonem, uważam, że nie ma powodu ponownego rozpatrywania tych elementów. Każdy fan wie, że animacja jest po prostu brzydka, a twórcy chwilami niewiele sobie robią z dorobku uniwersum. Nie ma więc chyba sensu dalsze roztrząsanie tych kwestii.

Pozwolę sobie jednak na pewną fabularną dygresję uzasadniającą, czemu Wojny Klonów  są chwilami lepsze od niektórych części sagi (oczywiście tych z lat dziewięćdziesiątych). Fani mogą psioczyć na niektóre postaci, ale faktem jest, że często prezentują się one lepiej niż aktorzy Nowej Trylogii. Szczególnie ciekawa jest dla mnie kreacja Anakina, który nie jest tutaj rozpieszczonym bachorem, a zawadiaką chętnie pchającym się w największe kłopoty. Twórcy serialu subtelnie przemycają rozterki tego bohatera i w zdecydowanie lepszy sposób pokazują jego wątpliwości odnośnie Zakonu. Z męskich bohaterów świetnie prezentuje się także nieobecny w filmach Hondo Ohnaka. Jest to jedna z tych złych postaci, dla których liczy się tylko zysk, ale trzeba przyznać, iż stanowi świetnie urozmaicenie niektórych odcinków zapewniając widzowi dużo dobrej zabawy.

Na chwilę uwagi zasługują również żeńskie postacie. Bądźmy szczerzy, ale filmowe Gwiezdne wojny nigdy nie zaoferowały nam czegoś lepszego niż Leia. Przecież Natalie Portman chciała zrezygnować z roli Padme, ponieważ uważała, że jej postać zachowuje się bardzo głupio. Trudno odmówić aktorce racji, gdyż jej bohaterka jest po prostu strasznie niemrawa. Dlatego uważam, że miłą odmianą dla uniwersum są takie postacie jak Ahsoka, Asajj Ventress czy Steela Garrera, które udowadniają, że w uniwersum Gwiezdnych wojen można znaleźć naprawdę interesujące przedstawicielki płci pięknej. Każda z tych kobiet jest silna oraz zdecydowana. Ich losy dobrze się ogląda, a fani mogą psioczyć na Ahsokę, ile chcą, jednak według mnie, przede wszystkim ta bohaterka przeszła ogromną przemianę przez wszystkie odcinki i nie powinno się jej nadmiernie czepiać. Szczególnie, że zafundowała nam naprawdę dobry finał sezonu.

Podsumowując, jeśli ktoś nie jest zatwardziałym wyznawcą Gwiezdnych wojen i ma do nich odpowiedni dystans, piąty sezon Wojen Klonów powinien mu się nawet spodobać. Może kilka wątków jest bardzo dziecinnych, ale pamiętajmy, że grupą docelową nie są ludzie po dwudziestym roku życia, a dzieci i młodzież – im z kolei pełne akcji odcinki na pewno przypadną do gustu. Czas chyba się pogodzić z tym, że twórcy częściej myślą o młodszych fanach zapominając przy tym o wszystkich starych prykach pamiętających scenę, w której Han strzelił pierwszy. Gwiezdne wojny to niesamowita przygoda dla najmłodszych, starsze pokolenie powinno to wreszcie zrozumieć, szczególnie, że gdyby nie fakt, iż pewnie większość z nich oglądała sagę właśnie za młodu i ma do niej sentyment, to możliwe, iż nie byliby teraz tak wielkimi fanami tego rozbudowanego uniwersum.



blog comments powered by Disqus