Jak "Gwiezdne wojny" stały się legendą. Część IV: Inspiracje w kulturze i religii

Autor: osti
Korekta: Joanna Biernacik
13 marca 2016

W tym cyklu felietonów opowiemy o drodze, jaką przebyły Gwiezdne wojny – od szalonego pomysłu George’a Lucasa aż do legendy, którą są w dniu dzisiejszym. Chcielibyśmy przedstawić losy dzieła życia Lucasa – od filmu wzorującego się na mitach i klasycznych szablonach do odrębnego mitu kultury masowej, samodzielnego bytu, który na różnych płaszczyznach ukształtował i nadal kształtuje całe pokolenia ludzi.
 

Ponad pół miliona mieszkańców Anglii, Nowej Zelandii, Kanady i Australii zadeklarowało w spisie państwowym, że jest wyznawcami jediizmu albo przynależy do zakonu Jedi. Oczywiście znaczna część tych osób zrobiła to dla żartu oraz dla pokazania, jak wielu wiernych fanów zgromadziła saga Lucasa. Są też jednak tacy, którzy na grunt naszej rzeczywistości chcą przenieść wszystkie zasady, którymi na co dzień kierowali się rycerze Jedi – korzystając z idei stoicyzmu i ascezy są oni świadkami i uczestnikami odwiecznej walki dobra ze złem. Wyznawcy Mocy nie wierzą w jednego Boga, nie ma też mowy o politeizmie oraz kulcie świętych – mamy tu do czynienia z ideą zbliżoną nieco do koncepcji bytu wspólnego, którą opracowali w czasach średniowiecza filozofowie arabscy.

Choć w świecie Gwiezdnych wojen nie istnieje pojęcie Boga, to nie jest on całkiem ateistyczny. Bytem najwyższym Galaktyki jest Moc, która objawia się przede wszystkim w działaniach rycerzy Jedi oraz ich przeciwników – Sithów. Jerzy Prokopiuk zauważa, że fakt posiadania przez Moc ciemnej i jasnej strony może nam się kojarzyć z żydowskim Jahwe lub Jaldabaotha gnostyków. Dobro i zło istnieją tutaj obok siebie; choć walczą ze sobą, mają swoje uprawnione miejsce w świecie, które wzajemnie akceptują. 

Motyw wybrańca (czy też odkupiciela) tak często pojawiający się we współczesnej kulturze popularnej (z Harrym Potterem oraz Neo z Matrixa na czele) bardzo silnie kojarzy się nam z religią chrześcijańską. Stosunkowo łatwo jest odnaleźć analogie między Jezusem a Lukiem Skywalkerem. Rycerze Jedi od zarania dziejów walczyli z Sithami. Już samo użycie słowa „rycerz” oznacza, że traktować będziemy ich jako wojowników, którzy będą dążyć do konfrontacji i pokonania przeciwnika, natomiast Luke wybacza swojemu ojcu – pragnie jego przemiany, a nie zniszczenia. Choć podobne postawy znajdujemy w taoizmie i buddyzmie, to właśnie Jezus Chrystus głosił przede wszystkim przemianę zła i nakazywał nam miłować swych nieprzyjaciół. Wątki ewangeliczne znaleźć możemy także w „nowej trylogii”: Anakin Skywalker, wybraniec, który ma przywrócić równowagę w Galaktyce, narodził się na odludnej planecie bez ojca. Lucas daje nam do zrozumienia, że to sama Moc powołała go do istnienia. Związek z niepokalanym poczęciem jest tutaj bardzo wyraźny.
 

Wróćmy jeszcze na chwilę do ewangelicznych wątków występujących przede wszystkim pod koniec Powrotu Jedi (Epizod VI). Luke pokonuje Vadera, jednak nie zadaje ostatecznego ciosu. Jego postawa jest bierna – zdaje sobie sprawę, iż jest to jedyna metoda, aby udowodnić, że jest prawdziwym Jedi. Zgodnie z naukami Jezusa młody Skywalker nadstawia drugi policzek, łamiąc tym samym odwieczną regułę, jaką stosowali względem siebie wyznawcy Jasnej i Ciemnej Strony Mocy.   

Każdy z siedmiu filmów składających się na cykl Gwiezdnych wojen zaczyna się od słów „Dawno, dawno temu, w bardzo odległej galaktyce”. Jest to oczywiste nawiązanie do znanych wszystkim bajek zaczynających się w podobny sposób, tyle że z kosmicznymi górami i lasami. Czemu więc Lucas nie zdecydował się umieścić wydarzeń swojej sagi w uniwersum bardziej kojarzącym nam się ze światem średniowiecznym? Wybór ten nie jest oczywiście przypadkowy. W połowie lat 70. dwudziestego wieku science fiction było już dojrzałym gatunkiem, którego początków upatruje się w 1926. roku. Wtedy to Hugo Gernsback rozpoczął wydawanie Amazing Stories, magazynu, dzięki któremu czytelnicy mogli kontaktować się ze sobą. Świat poznał już twórczość Izaaka Asimova, Rogera Zelaznego oraz Philipa K. Dicka, w telewizji zaś królowały seriale Star Trek oraz Dr Who. Można więc powiedzieć, że sci-fi było na topie, w dodatku miało liczne grono oddanych fanów, którzy pragnęli wnieść weń coś od siebie. Gwiezdne wojny dały im tę możliwość i idealnie wpisały się w gusta zwolenników fantastyki, baśni i kosmicznych scenerii. Fanów okazało się być więcej niż Lucas mógłby przypuszczać.

Nowa Nadzieja
nie była pierwszym „głośnym” filmem science fiction. W momencie premiery miała już całkiem nieźle utarty szlak, można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że kino było w pewnym stopniu nasycone tego typu tematyką. Powstałe już w 1928 roku Metropolis w reżyserii Fritza Langa osiągnęło spory sukces, dziś uważa się je za jeden z pierwszych filmów gatunku. Następną wartą wspomnienia pozycją jest nakręcona w roku 1954 Inwazja porywaczy ciał oraz Ostatni brzeg mający premierę pięć lat później. Nie możemy zapomnieć o wkładzie Stanleya Kubricka, który stworzył kultowe dziś tytuły – Doktora Strangelove oraz Odyseję Kosmiczną 2001. Paradoksalnie przed wypełnionymi efektami specjalnymi Gwiezdnymi wojnami uważano kino science fiction za bardzo ambitne, gdyż przyciągało widzów nie fantastyczną oprawą, ale gęstą metaforyką i ciekawą tematyką. 

Wiele elementów świata przedstawionego w Gwiezdnych wojnach kojarzy nam się ze znanymi z dzieciństwa opowiadaniami. Umieszczenie w pełnym nowoczesnych urządzeń i technologii uniwersum mieczy (laserowych – ale mimo wszystko mieczy) czy mistycznej Mocy (będącej tak naprawdę magią) samo przez się nasuwa wiele typów. Mamy też postać księżniczki Lei, która uosabia córkę króla, porwaną przez złego czarnoksiężnika, pragnącego przejąć władze nad królestwem.    
 

W dniu premiery Nowej Nadziei liczne było grono osób, które w latach 1930-1950 wychowywało się na serialach pełnych niebezpiecznych przygód, kosmicznych złoczyńców i amerykańskich herosów, dających światły przykład dobra i prawości. Przykładem tego typu produkcji były przygody Królika Rogera. Nie ma wątpliwości co do tego, że Gwiezdne wojny (przede wszystkim zaś stara trylogia) stylistyką i treścią celowo nawiązują do tych popularnych w amerykańskim kręgu kulturowym dzieł. Tego typu pastisz miał wzbudzać w starszych widzach nostalgię i zaspokoić u odbiorców z tamtego pokolenia potrzebę powrotu do mitów młodości.  

Lucas uznał westerny za współczesny mit i chciał Gwiezdnymi wojnami zająć w amerykańskiej kulturze miejsce zarezerwowane dotychczas właśnie dla historii rozgrywających się na Dzikim Zachodzie. Śmiało możemy więc uznać sceny rozgrywane w kantynie Mos Eisley jako mrugnięcie okiem skierowane w stronę klasycznych scen barowych, których wiele mogliśmy oglądać właśnie w westernach. Za przykład niech posłuży nam saloon Rick’s Cafe Americain z nieśmiertelnego filmu Casablanca. Jak w każdym tego typu miejscu, krzyżują się tutaj drogi uciekinierów, przemytników, wyrzutków i wielu innych typów spod ciemnej – nomen omen – gwiazdy. Zresztą łowca nagród Jango Fett, jedna z ważniejszych postaci drugoplanowych występujących w sadze Lucasa, zawdzięcza swoje miano bohaterowi włoskich westernów – Django (współczesnym kojarzyć się będzie także z jednym z filmów Quentina Tarantino; obaj twórcy składają hołd tej samej postaci).

Na ostateczny kształt Gwiezdnych wojen wpływ miało wiele dzieł filmowych. Lucas zafascynowany twórczością Akiry Kurosawy przeniósł na kosmiczny grunt pewne rozwiązania fabularne i formalne u niego stosowane. Ale do tego, jak „wyglądają” Gwiezdne wojny, walnie przyczynił się jeden z najbardziej kultowych filmów science fiction w historii. Mowa o wspomnianym już, nakręconym w 1968. roku filmie Stanleya Kubricka 2001: Odyseja kosmiczna, którego scenografia zainspirowała twórców Gwiezdnych wojen do pokazania w swoim dziele wielu przedmiotów. 
 

Odnaleźć możemy sporo analogii między starą trylogią Gwiezdnych wojen i największym dziełem J.R.R. TolkienaWładcą Pierścieni. W obu historiach o losach całego świata decydują wybory poszczególnych jednostek, zaś główni bohaterowie reprezentują wszystkie spotykane w danym uniwersum rasy/cywilizacje. I tak w skład Drużyny Pierścienia wchodzili: ludzie, krasnolud, elf, niziołki oraz czarodziej, natomiast fabuły Nowej Nadziei, Imperium Kontratakuje i Powrotu Jedi skupiają się na wyczynach Luke’a, Lei, przemytnika Hana Solo i jego „zwierzęcego” towarzysza Chewbacki, władającego tajemniczą mocą Obi-Wana Kenobiego oraz dwóch robotów. Podobnie jak Gandalf Szary wraca z zaświatów, aby pomagać Drużynie do samego końca, tak Mistrz Kenobi po przegranym pojedynku z Vaderem towarzyszy młodemu Skywalkerowi w dalszych przygodach. 

Zarówno w sferze wizualnej jak i fabularnej możemy traktować Gwiezdne wojny jako pewien wyraz postmodernizmu – głównymi źródłami i punktami odniesienia są tu przecież niezliczone wręcz dzieła kultury popularnej. Należą do nich westerny, inne filmy science fiction, seriale oglądane przez pokolenie Lucasa czy nawet kreskówki. Wartka akcja oraz korzystanie z niespotykanych wcześniej technik wykonywania efektów specjalnych dodatkowo zwracają naszą uwagę w stronę widowiska, odrywając ją tym samym od niuansów fabuły. 

Oczywiście owo liczne odnoszenie się przez Lucasa do tego, co dobrze znamy (szczególnie w starej trylogii) ma swoje świetne uzasadnienie i nie jest nim tylko zwyczajne oddanie hołdu czy też pokłonu innym dziełom. Umberto Eco napisał na temat powieści popularnej, że z reguły posługuje się ona sprawdzonymi rozwiązaniami, aby dostarczyć odbiorcy satysfakcji z rzeczy, które ten już zna. Odczuwamy więc przyjemność (regresywną) z powrotu czegoś, czego oczekujemy. Kino popularne, z Gwiezdnymi wojnami na czele, idealnie wpisuje się w omówiony wyżej trend, a perfekcjonizm Lucasa w tej kwestii sprawia, iż wynik jego pracy stanowi arcydzieło gatunku.
 



blog comments powered by Disqus