"Atak Klonów" - moje wrażenia

Autor: Artur Drzewiecki
8 czerwca 2004

Początkowo po obejrzeniu "Mrocznego widma" i przeczytaniu zapowiedzi George'a Lucasa, że chce nakręcić romans, zacząłem się obawiać, że Epizod II zostanie romansidłem dla 13- i 14-latek, choć późniejsze informacje dawały nadzieję, że może tak się nie stanie. Na szczęście "Atak klonów" zaskoczył mnie w większości na plus.

Sam wybór tytułu wydaje mi się nie najtrafniejszy, po do treści filmu pasowałoby bardziej np. "Nadejście klonów". Oprócz tego na samym początku filmu przeżyłem niemiłe zaskoczenie tym, że wprowadzające napisy zostały spolszczone. Wynika to chyba z tego, że pierwotnie planowano zdubbingować wszystkie kopie filmu i potem nie opłacało się sprowadzać osobnych kopii do wersji z napisami. Na szczęście późniejsze wrażenia zamazały ten zgrzyt.

Sama fabuła filmu jest dobrze zaplanowana z wyjątkiem wątku romantycznego, o którym powiem później. Nie ma się wrażenia niepotrzebnych dłużyzn (nie licząc wątku romantycznego dłużyzną jest śmierć Shmi Skywalker). Jednak czasami sceny zmieniają się nieco za szybko - ja miałem wrażenie, że Lucasowi szkoda było nakręconego materiału i starał się upchnąć jak najwięcej; wtedy oglądałem zbiór scen, bo wycinano przede wszystkim przejścia fabularne.

      
Niektórym scenom brakło nieco dramaturgii - np. jeśli porówna się lot "Sokoła" przez asteroidy w "Imperium kontratakuje" z pościgiem w pierścieniu, to tu się wie od razu, że Obi-wanowi się uda, podczas gdy w przypadku Hana Solo nie miało się takiego wrażenia. Jednak takie wrażenia są rzadkie i wynikają głównie z porównań z pierwowzorami.
W moim przekonaniu jednak jest lepsza od "Mrocznego widma" i "Powrotu Jedi".

Dobrym pomysłem było umieszczenie licznych nawiązań do wątków i scen z wielu filmów (także spoza świata "Gwiezdnych wojen") - odgadywanie ich i odnoszenie do pierwowzorów stanowi dodatkową świetną rozrywkę.
Pomysłem Lucasa było także kompletne zignorowanie licznych książek i komiksów przy tworzeniu biografii postaci - osobiście ten pomysł mi się bardzo spodobał.

Otoczenie, w którym dzieje się akcja zostało przedstawione znakomicie. Możemy oglądać miejsca niespotykane dotąd w świecie filmów z sagi (np. miasto), a mnie szczególnie urzekł fakt perfekcyjnego pokazania początku przechodzenia w stylu otoczenia (ubiory, statki, pomieszczenia itp.) od dekadencji "Mrocznego widma" do praktycyzmu starej trylogii. W ogóle tło jest jednym z atutów "Ataku klonów" a jedyną uwagę można mieć do nieco zbyt wymyślnych kształtów niektórych statków.

Z otoczeniem związane są dwie rzeczy - efekty specjalne i muzyka. Co do efektów to są one bardzo dobrze zrobione (duża szansa na Oscar), choć czasami odbierają one dramaturgię scenom. Co do muzyki zaś można stwierdzić krótko - John Wiliams jest jak zwykle bezkonkurencyjny.

Ponieważ saga nosi tytuł "Gwiezdne wojny", to warto zwrócić uwagę na sposób pokazania pojedynków i bitew. Przy pojedynkach widać dalej "balet", ale w mniejszym stopniu niż w "Mrocznym widmie". Natomiast nie wiem, czy zamierzeniem Lucasa był komizm pojedynku Hrabiego Doocu z Yodą, który wygląda jak gra w koszykówkę zieloną piłką. Co do bitwy, to wielką zasługą Lucasa jest pokazanie, że Jedi to nie nieśmiertelni supermeni, których nie pokonają istoty bez Mocy - zupełnie odwrotnie, niż w twórczości pisarzy. Jednak przy oglądaniu bitwy klonów z droidami miałem wrażenie, że reżyser nie mógł się zdecydować, czy lepszy jest realizm bitwy na Hoth, czy epika "Braveharta" - w rezultacie wyszła mieszanina. Pozwolę sobie na dygresję, że gdyby Lucas wybrał epikę, to świetnym pomysłem byłaby parafraza okrzyku spod Somosierry ("Naprzód psiekrwie, Cesarz patrzy!") - np. "Naprzód cholerne klony, mistrz Yoda patrzy!".

Słabą stroną "Ataku klonów" natomiast są dialogi - bardzo często są przegadane i pompatyczne. Czuje się brak na planie filmu Harrisona Forda i Aleca Guinnesa, którzy potrafili wykłócać się o przerobienie dialogów.

Postacie są o wiele lepiej przedstawione niż w "Mrocznym widmie". Anakin Skywalker świetnie ukazuje początek przemiany w Dartha Vadera, choć czasami bywa nienaturalny; królowa Amidala wytrzymuje porównanie z Leią (gdyby nie wątek romantyczny, toby wygrała),;Obi-wan Kenobi jest znakomity. Z postaci drugoplanowych najlepszy jest senator Palpatine, który jest tutaj prawdziwym mistrzem manipulacji (wszyscy myślą, że postępują tak jak chcą, podczas gdy robią to, czego on chce), nieźle wypadł też duet robotów. Jar-Jar, który stanowi nieudaną kopię Chewbaccy tutaj prawie się nie pojawia (choć te kilka minut potrafi zdenerwować). Wśród galerii postaci jednak czuje się wyraźnie brak realistycznego sceptyka z sarkastycznym poczuciem humoru, czyli Hana Solo (jakkolwiek Obi-wan Kenobi prezentuje na szczęście pewne elementy takiej postaci) - George Lucas bał się chyba, że taka osoba mogłaby zdmuchnąć Amidalę Anakinowi sprzed nosa, tak jak to było w starej trylogii.

Zdecydowanie najsłabszym elementem "Ataku klonów" jest wątek miłości Anakina i Amidali. W moim odczuciu oboje są tutaj o kilka klas gorsi od Hana i Leii. Tamci w króciutkim dialogu - "Kocham Cię. Wiem." potrafili o wiele więcej powiedzieć sobie i widzom niż ci w przegadanych dialogach rodem z tanich romansów. Nie mówię już o tym, że oglądając te romantyczne dłużyzny żałowałem, że w kinie nie można przewijać filmu.

W ostatecznym rozrachunku "Atak klonów" jest jednak lepszy od "Mrocznego widma" i "Powrotu Jedi", natomiast ustępuje zdecydowanie "Imperium kontratakuje". Myślę, że powinien zająć drugie miejsce ex aequo z "Nową nadzieją".

W każdym razie teraz mogę oczekiwać nadejścia Epizodu III z większym optymizmem i za to najbardziej chwalę sobie "Atak klonów".


blog comments powered by Disqus