Jak „Gwiezdne wojny" stały się legendą. Część VI: Echa „Gwiezdnych wojen” w świecie rzeczywistym.

Autor: osti
Korekta: Damian "Nox" Lesicki
24 października 2016

W tym cyklu felietonów opowiemy o drodze, jaką przebyły Gwiezdne wojny – od szalonego pomysłu George’a Lucasa aż do legendy, którą są w dniu dzisiejszym. Chcielibyśmy przedstawić losy dzieła życia Lucasa – od filmu wzorującego się na mitach i klasycznych szablonach do odrębnego mitu kultury masowej, samodzielnego bytu, który na różnych płaszczyznach ukształtował i nadal kształtuje całe pokolenia ludzi.

Świat przedstawiony w Gwiezdnych wojnach wykreowany został w umyśle jednego człowieka. Jest to świat z jednej strony zupełnie inny niż ten nasz „ziemski”, z drugiej jednak każda jego interpretacja będzie stanowiła choćby częściowo odbicie rzeczywistości. Gdyby nie istniał świat realny, na pewno nie powstałoby też uniwersum Gwiezdnych wojen. Trzecia planeta od Słońca nie pojawia się w żadnej części sagi, jednak wiele miejsc, stworzeń i nazw stanowi inspirację dla tego, co oglądać możemy na ekranie. Tatooine – pustynna planeta stanowiąca odludzie Galaktyki, skąd pochodzili Luke i Anakin Skywalkerowie – wzięła swoją nazwę od miasta Tatawin (Tataouine), znanego z ufortyfikowanych spichlerzy, które znaleźć możemy na pustynno-skalistych terenach Tunezji. W Gwiezdnych wojnach Seul to nie miasto, a imię jednej z postaci. Znajdziemy tutaj też Gizę, Nubię, Everest, Jerbę i Halifax.

Oprócz nazewnictwa, w wykreowanym przez siebie uniwersum Lucas chętnie stosował style, przedmioty czy architekturę, które znamy ze świata rzeczywistego. Świątynia Jedi przypomina swoim wyglądem piramidy zbudowane przez Majów na terenie dzisiejszego Meksyku. Liczne ornamenty przyrównywać możemy do minaretów w Stambule – a więc znalazło się i miejsce dla kultury arabskiej. Miasto w Chmurach na planecie Bespin, które oglądać możemy w całej okazałości w Imperium kontratakuje, zostało zainspirowane budynkiem Chemosphere House zaprojektowanym przez Johna Lautnera. Stolica Republiki, czyli Coruscant – planeta miasto, nie była wymysłem George’a Lucasa. O miastach pokrywających całe planety mówili już dziewiętnastowieczni mistycy, zaś w latach 60. XX wieku w architekturze i futurologii zaistniał termin ekumenopolis, który zakładał, że tereny miejskie w końcu rozrosną się do tego stopnia, iż staną się jednym wielkim miastem zajmującym całą kulę ziemską.

Historia przejęcia władzy i przekształcenia Republiki w Galaktyczne Imperium przez Kanclerza Palpatine’a jako żywo przypomina nam przypadki Juliusza Cezara, Napoleona Bonaparte czy Adolfa Hitlera, którzy zamienili swoje państwa w tyranie. To porównanie możemy zarysować szczególnie wyraźnie konfrontując Imperium Dartha Sidiousa z faszystowskimi Niemcami. Fascynacja nowymi technologiami, niechęć do obcych (innych ras lub nacji), stawianie na zbrojenia, rządy strachu sprawowane za pomocą wiernych siepaczy (Imperator miał do dyspozycji Vadera wraz z 501. Legionem, Hitler mógł terroryzować ludzi przy pomocy Waffen SS) – to cechy, którymi charakteryzowały się obie dyktatury. Nawet hełmy imperialnych szturmowców przypominają kształtem te stosowane przez wojska III Rzeszy, a tworzone przez nich równe szyki od razu nasuwają nam obrazy salutujących przed Hitlerem wojsk.

Strój Vadera wymyślił i zaprojektował rysownik Ralph McQuarrie – oprócz analogii do strojów Wehrmachtu wielką inspirację stanowiły tutaj samurajskie hełmy i płaszcze. Bez wątpienia zakuty w czerń Lord Sith jest najbardziej charakterystyczną postacią Gwiezdnej Sagi, co znalazło odbicie w innych filmach, sztuce i modzie.

Znalezienie analogii między historią Ameryki a wydarzeniami przedstawionymi w Gwiezdnych wojnach także nie powinno sprawić nam wielu problemów. Demokracja jest dla obywateli USA dobrem najwyższym, skarbem, który udało się wygrać w walce z – nomen omen – Imperium (Brytyjskim). W świecie Gwiezdnych wojen to prastara Republika zostaje obalona przez dyktatora, z którym później walczą rebelianci. Zwykli farmerzy, tacy jak Luke Skywalker, porzucali swoje zajęcia, aby stanąć do bitwy o wolność swoją i innych. Dokładnie w taki sam sposób widziano w przeszłości Jerzego Waszyngtona, porównywanego do Cyncynatusa. Ów rzymski bohater wojny z Ekwami i Sabinami udał się na służbę Republice, a po spełnieniu swojej misji zwyczajnie oddał władzę i wrócił do pracy na roli we własnym gospodarstwie. Luke po zniszczeniu Gwiazdy Śmierci także nie zabiega o wpływy - zadowala się samym faktem, że udało mu się wpłynąć na los wydarzeń. Nie wykorzystuje też swojego statusu bohatera Rebelii.

Okres powstawania pierwszej części Gwiezdnych wojen przypadał na lata 70. XX wieku. Były one burzliwym okresem w historii Stanów Zjednoczonych. W polityce wewnętrznej szerokim echem odbiła się afera Watergate (która ukazując nieuczciwość władzy, zmusiła prezydenta Richarda Nixona do złożenia urzędu) oraz kryzys paliwowy spowodowany wojną izraelsko-arabską. Jeszcze gorzej wyglądała sytuacja USA z perspektywy międzynarodowej – wzbudzająca liczne kontrowersje wojna w Wietnamie skończyła się porażką „amerykańskich chłopców”. Te wszystkie czynniki, wraz z pogłębianiem się zimnowojennych podziałów, objawiały się brakiem zaufania do władzy i ogólnym niepokojem społeczeństwa. Kolejni prezydenci USA: Jimmy Carter i Ronald Reagan zaostrzali raczej konflikt z ZSRR, prowadząc wyścig zbrojeń oraz wspierając mudżahedinów walczących z inwazją rosyjską na Afganistan, pokazując, że walka z komunizmem stanowi dla nich kwestię priorytetową.

W niezbyt optymistycznej rzeczywistości lat 70. oraz Galaktyki rządzonej przez Sithów pojawia się jednak promyczek światła. Wpisany w okrąg „gwiezdny ptak” z czerwonymi skrzydłami stanowi znak rozpoznawczy Rebelii, czyli wszystkich, którzy podjęli się walki z Imperium. Logo to możemy interpretować jako feniksa, którego metaforyczne znaczenie jest oczywiste – Republika podniesie się z popiołów, które pozostaną po Imperium, a Galaktyka znowu będzie cieszyć się wolnością.

Najbardziej jasnym nawiązaniem do rzeczywistości współczesnej z punktu widzenia starej trylogii jest porównanie świata przedstawionego Gwiezdnych wojen do okresu Zimnej Wojny. Dokładnie tak jak w czasach tego globalnego konfliktu społeczeństwa dzielą się na stojących po jednej albo drugiej stronie barykady. Nie mamy tutaj raczej stref szarości – „my” jesteśmy tymi dobrymi, natomiast „oni” są imperium zła. Na czele Imperium Galaktycznego oraz ZSRR stoi dyktator sprawujący władzę absolutną, posiadający ogromną armię i prowadzący ciągłe zbrojenia.

Jeśli chodzi o wydarzenia i bohaterów ukazanych w nowej trylogii, to zanika nam już klarowny podział świata na dwie walczące ze sobą frakcje. Dokładnie tak jak burzliwe były ostatnie lata XX wieku oraz początek nowego millenium, tak skomplikowane są dzieje przedstawione w Epizodach I-III.

Wydarzenia przedstawione w części pierwszej – Mrocznym Widmie – pokazują nam blokadę pokojowej planety Naboo przez Federację Handlową. Galaktyczny Senat uwikłany w proceduralne problemy nie jest w stanie uczynić nic, nawet w momencie gdy prywatna armia robotów Federacji dokonuje inwazji na pokojowo nastawiony lud Naboo. Ileż to razy we współczesnej historii mieliśmy wrażenie, że na nic zdają się traktaty, porozumienia, instytucje czy też demokratyczne struktury mające w zamyśle zapewnić pomoc i opiekę słabszym członkom społeczeństwa? Nagle okazuje się, że słaba władza centralna godzi się na liczne ustępstwa i poświęca niepodległość oraz integralność Naboo dla zachowania pozorów pokoju i porządku. Czyż podobnie nie zachowały się państwa europejskie wobec Polski we wrześniu 1939 roku? Albo później - kiedy Związek Radziecki dokonał podziału kontynentu żelazną kurtyną? Wiele daje nam do myślenia sytuacja Czeczenii albo Gruzji, a teraz także wydarzenia na Ukrainie (czyżby Federacja Handlowa miała swoje odzwierciedlenie w Federacji Rosyjskiej?). Świat Gwiezdnych wojen miesza się i przenika z otaczającą nas rzeczywistością, czasami nawet jeśli nie było to intencją twórców kosmicznej opery. 

Podobnie jak to było w przypadku starej trylogii, dość łatwo znaleźć możemy w Epizodach I-III liczne analogie pomiędzy wydarzeniami pokazanymi na ekranie a tym, co działo się w amerykańskiej polityce. Mroczne Widmo realizowane było za kadencji Billa Clintona, natomiast Atak Klonów i Zemsta Sithów nakręcono, gdy prezydentem USA był George W. Bush.

Wydarzenia z 11 września 2001 roku wstrząsnęły całym światem, a odpowiedź Ameryki (czy raczej administracji ówczesnego prezydenta USA – George’a W. Busha) na te zamachy terrorystyczne znajduje swoje echa w nowej trylogii Gwiezdnych wojen. Kilka tygodni po ataku na WTC w Kongresie USA padają słowa: „Albo jesteście z nami, albo z terrorystami” – takiego samego rozumowania używa Anakin przed pojedynkiem z Obi-Wanem w Epizodzie III („Jeśli nie jesteś ze mną, to jesteś moim wrogiem”). Imperator daje swojemu uczniowi wolną rękę w „zaprowadzaniu porządku” na terenie Imperium, podobnie jak prezydent Bush nadał uprawnienia do arbitralnego użycia władzy, m.in. przez FBI (Patriot Act). Lucasowi bardzo zależało, aby w swoich filmach wyraźnie ukazać, że to nie Imperium pokonało Republikę, ale Republika stała się Imperium. Zmieniło się to poprzez oddawanie swoich przywilejów w imię bezpieczeństwa - próba obrony demokratycznego porządku staje się jednocześnie jego największym zagrożeniem. 

Na prezydenta George’a W. Busha spadła kolosalna krytyka w związku z ciągle wydłużającą się wojną w Iraku. Twierdzono też, że konflikt ten był w ogóle niepotrzebny, gdyż ostatecznie nie udokumentowano, aby Saddam Husajn miał w swoim posiadaniu broń masowego rażenia. Bushowi zarzucano chęć przejęcia kontroli nad iracką ropą, a nie wprowadzenie demokracji i stabilizacji w regionie. Podobnie zaprezentowano nam sytuację Senatora Palpatine’a, który stojąc – tak naprawdę – po obu stronach barykady wywołał Wojnę Klonów dla realizacji własnych celów. Podobnie jak konflikt w Zatoce Perskiej - wojna w świecie Gwiezdnych wojen nie była już tak jednoznacznie pozytywnie oceniana i budziła wiele kontrowersji. 

Wiele wydarzeń znanych z historii zostało zinterpretowanych w filmie: Bitwa o Endor jako analogia do wojny w Wietnamie, w której potężne technokratyczne Imperium zostaje pokonane przez znacznie mniej liczną i gorzej przygotowaną technologicznie mniejszość; zniszczenie Gwiazdy Śmierci jako nawiązanie do Operacji Chastise z czasów II wojny światowej. Najważniejsi członkowie zakonu Jedi istotne decyzje podejmują siedząc w okręgu, co miało dać im poczucie równości i jednakowe szanse na wypowiedzenie swojego zdania – niczym w przypadku rycerzy okrągłego stołu. 

Różnice między starą i nową trylogią widzimy gołym okiem, ale nie ograniczają się one tylko do warstwy audiowizualnej filmu. George Lucas w dziele swojego życia zawarł komentarz do otaczającej go rzeczywistości, a ćwierć wieku między powstaniem kolejnych epizodów było wystarczająco długim czasem, aby w Gwiezdnych wojnach zmieniło się niemal wszystko. Cała struktura filmów, ich przesłanie oraz poruszane tematy, a także (co bardzo ważne) stopień skomplikowania fabuły uległy kompletnemu odwróceniu w nowej trylogii. Nieskomplikowana przygoda walecznych rebeliantów ze złym Imperium zamieniła się w historię dramatu jednostki uwikłanej w walki o władzę (z upadkiem systemu politycznego w tle). Zatarła się granica między tym co dobre i złe – nawet pozytywni bohaterowie o najlepszych intencjach często są prowodyrami tragedii na kosmiczną (dosłownie) skalę. Obserwując wydarzenia ze świata na przełomie tysiąclecia oraz w dniu dzisiejszym nabieramy pewnego zrozumienia motywacji, która kierowała Lucasem do ukazania nam właśnie takiej wizji świata w „nowych” Gwiezdnych wojnach.



blog comments powered by Disqus